odcinek 18 - nowa droga
Mijały dni, tygodnie a Ania nadal nie umiała sobie z tym wszystkim poradzić. Rodzice "ciągali" ją od jednego do drugiego psychologa, jakby to miało w czymś pomóc... Dla niej jedynym celem każdego dnia po wstaniu z łóżka było wyjście na cmentarz i powrót wieczorem. Potrafiła przesiedzieć tam cały dzień bez jedzenia, w mrozie... Nie docierały do niej żadne argumenty rodziców, ani lekarzy. Liczyło się wyłącznie to. Wiedziała, że nikt jej nie potrafi zrozumieć, więc zaczęła kontynuować swój pamiętnik. Tam przynajmniej mogła powiedzieć wszystko..."Dawno tu nie zaglądałam... W ostatnim wpisie jeszcze byłam "szczęśliwa"... tak.. szczęśliwa w cudzysłowie, bo jakimże szczęściem mógł być dla mnie tamten czas? tamte wydarzenia? Każdy tu wie co czuję, każdy mi współczuje, rodzice się litują, lekarze wmawiają, że rozumieją. Jestem w kręgu kłamstwa.. nikt nic nie wie. Nie jestem idiotką, a jednak robią ją ze mnie! Kiedy lekarze mówili mi... że dziecko będzie zdrowe, że wszystko będzie dobrze... wierzyłam im. Teraz już wiem, że słowa: "wszystko będzie dobrze" są puste i bez przyszłości. Nic nie będzie już dobrze!! Wolałabym, żeby oni żyli swoim życiem, a mi dali żyć moim... Mam dość tych cholernych psychologów, którzy myślą, że wiedzą jak mi pomóc! Nie potrzebuje pomocy... nie chce jej, sama sobie ze wszystkim poradzę. Wczoraj jakiś pojebany psycholog pytał mnie czy ukazują mi się duchy, czy widzę je, czy słyszę jakieś głosy.... Czy oni mają mnie za wariatkę?! Mam już dość takiego życia! Może i rodzice chcą dobrze, ale dużo lepiej byłoby, gdyby zostawili mnie w świętym spokoju! Nie jestem wariatką!!! A jeszcze lepiej byłoby, gdyby mnie tu nie było... po co ja tu?! Moje miejsce jest już gdzie indziej... Ja już jestem gdzie indziej. Tutaj pozostało moje ciało, ale czymże jest puste ciało? Codziennie chodzę do Ciebie Skarbie, bo tam czuję się lepiej. Oni tego nie rozumieją. W gruncie rzeczy wiem, że powinnam żyć, jak dawniej... powinnam pogodzić się z tym wszystkim, ale nie potrafię.
Dziecko, ile ja bym dała, żebyś urodziło się zdrowe i szczęśliwe... Jak można cofnąć czas? A ile bym dała, żebyś się Kochanie urodziło za kilka lat... żebyś miało tatusia, który by nas kochał i szczęśliwy start... Ale przepraszam Cię Skarbie, że nie potrafię cofnąć czasu :( Nie umiem przywrócić Cię do życia, choć tak bardzo bym chciała... Ale wiem, że tam jest Ci dobrze... i kiedyś się spotkamy... zaczekaj tam na mnie, przyjdę.
Życie jest takie niesprawiedliwe...'"
- Ania, chodź na kolację! - zawołała mama z kuchni.
- Nie dzięki mamo... ja już jadłam, położę się. - skłamała, gdyż nie jadła tego dnia nawet śniadania.
"Minął kolejny tydzień, który u mnie znów wyglądał tak samo... Jest wiosna, powoli wszystko budzi się do życia... tak wszystko budzi się do życia... a ja umieram... pomału, samotnie.. odchodzę. Odchodzę do Ciebie Skarbie, bo tu nie potrafię sama żyć. Mój kuzyn będzie miał dziecko! Czyż to nie cudownie...? Urodzi się na przełomie października i listopada. Zbiegiem okoliczności ciocia także spodziewa się dziecka... i urodzi się w tym samym czasie. A czy wiesz Kochanie, że i ty urodziłabyś się w tym czasie? Jakie te rodziny są szczęśliwe... My też będziemy szczęśliwi, już niedługo... zaczekaj, bo idę do Ciebie Skarbie... Powiedz tylko... jak będzie najszybciej? Czy potem jest tylko jedna droga? Czy łatwo będzie Cię znaleźć? A może zaczekaj na mnie tuż przy wejściu? Nie mogę się doczekać kiedy Cię zobaczę... Już się cieszę :) Chwilka... jeszcze tylko.. Ok! Już! Chyba to już wszystko, co było mi pisane tutaj... Teraz czas zacząć nową drogę. Kocham Cię! Zaraz będę!
PS. Jeśli ten zeszyt dostanie się w czyjeś ręce, to nie obwiniajcie za to nikogo... To moja decyzja! Chcę być przy dziecku.. Kocham Je! Proszę... przekażcie dziewczynom i Marcinowi... że nie mieli na to wpływu... nic tym razem by nie pomogli... Dziękuję im za wszystko! Marcinowi także... Wybaczam Ci to że mnie zraniłeś, wybaczam wszystko wszystkim! I proszę o wybaczenie. Nie było innego wyjścia. Nie płaczcie za mną... Jestem szczęśliwa! Mamo.. Tato.. Napisałam już do Was list... leży na szafce. Przepraszam! Kocham!
Żegnajcie!"
odcinek 17 - fasolka
- Potrzeba ci czegoś córeczko? - zapytała cicho mama wchodząc do jej ciemnego pokoju.- Nie. - odpowiedziała krótko
- A chciałabyś coś zjeść? Może pójdziemy na pizze?
- Nie chce.
- To może przyjdź do nas do pokoju obejrzymy razem z tatą jakiś film?
- Nie, zostaw mnie samą.
- Powiesz jak będziesz czegoś potrzebowała?
Na to pytanie odpowiedziała jej cisza... Minął tydzień od tego strasznego wydarzenia. Od tamtej pory nikt nie ma kontaktu z dziewczyną. Wczoraj Ania wyszła ze szpitala, rodzice mieli nadzieję, że w domu jakoś ustabilizuje się to wszystko... że coś się poprawi, ale niestety... Ania cały czas siedzi w ciszy sama w pokoju, przy zgaszonym świetle wpatrując się w słońce, chmury, gwiazdy... nie rozmawia z nikim. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę przeżywa, co czuje. Ona sama nie była tego świadoma. Czuła pustkę, tęsknotę... części jej już nie było... odeszła... i nie wróci... tak bardzo jej tego brakowało... Dnie i noce wyglądały tak samo. Mało jadła, mało spała... mało żyła... z pokoju wychodziła wyłącznie do łazienki i z powrotem... Któregoś dnia Ania postanowiła wyjść na zewnątrz. Narzuciła kurtkę na stary, powyciągany sweter i założyła ciemne okulary. Szwendając się po mieście zauważyła na wystawie piękną czerwoną szkatułkę w kształcie serca. Była wyłożona aksamitnym materiałem i ozdobiona malutkimi, złotymi koralikami, a po środku miała śliczne złote serce. Ania weszła do sklepu i bez zastanowienia się kupiła szkatułkę. Potem poszła na rynek... sama nie wiedziała w jakim celu tam skręciła, ale nogi same ją kierowały. Jej wzrok przykuła biała jak śnieg fasola. Co sprawiło, że ją kupiła? Tego też nie wiedziała... Idąc dalej kierowała się na cmentarz... myślała, że może tam poczuje się bliżej swojego Maleństwa. Zatrzymała się przy grobie dziadka... Usiadła na ławeczce i zaczęła płakać. To był już odruch. Każda myśl o tym wszystkim wywoływała płacz. A myślała jedynie o tym... Podeszła bliżej i ukucnęła przy grobie wpatrując się w płomień palącego się znicza. Tutaj czuła się lepiej niż w domu. Chciała przychodzić tu częściej. Chciała mieć do kogo przychodzić. Wiedziała, że musi coś zrobić, musi poczuć ulgę, rozładować emocje i to napięcie... Teraz zrozumiała, że nie bez przyczyny kupiła fasolkę. Schowała ją do szkatułki, która tak pięknie mieniła się w blasku płomieni. Jeszcze przez parę minut Ania wpatrywała się w nią jak w obrazek... a potem zamknęła i płacząc zakopała w ziemi... i położyła obok dwie małe świeczuszki. Mimo, że jej dziecko nie urodziło się czuła potrzebę pochowania go... Ono zmarło... było martwe kiedy je zabierano... każdego zmarłego należy pochować... Musiała się z nim jakoś pożegnać. Nie znała innego sposobu... chciała się uwolnić od tego wszystkiego, a zarazem być znów blisko dziecka. Jak pogodzić jedno i drugie?
Było już późno, kiedy zadzwoniła komórka Ani. Na wyświetlaczu wyświetliło się "mama"
- gdzie ty jesteś córciu? - zapytała przestraszona
- zaraz przyjdę
- późno już kochanie, nie chodź sama o tej porze, proszę cię.
- ok.
- kocham cię - powiedziała mama, ale już nikt jej nie odpowiedział.
Mimo, że było już naprawdę późno, Ania nie chciała opuszczać cmentarza. Jednak z wielkim bólem podniosła się z zimnej ziemi i poszła do domu, żeby rano znów przyjść do dziecka.
odcinek 16 - [*]
- ... ale czy naprawdę już nic więcej nie dało się zrobić? - płakała pani Ela.- przykro mi... zrobiliśmy wszystko, żeby ich uratować... trzeba być dobrej myśli. Może gdyby chociaż parę godzin wcześniej córka zaczęła coś podejrzewać... może wtedy byłoby inaczej. Przykro mi. - powiedział przyciszonym głosem lekarz trzymając matkę dziewczyny za ramię. Po chwili odszedł zostawiając zapłakaną kobietę na korytarzu.
- Pani Elu... - podeszła do niej Julia - jeśli coś będzie trzeba pomóc, może pani na nas liczyć...
- Dziękuję ci Julia... tak wiele dla nas i dla Ani zrobiłaś... Niech Bóg ci to dziecko wynagrodzi - powiedziała przytulając dziewczynkę do siebie.
Przez kolejne trzy dni wszyscy czuwali przed salą Ani. Niestety nie było żadnych zmian, dziewczyna nadal była nieprzytomna. Obawiano się, że zapadnie w śpiączkę, z której się nie wybudzi miesiącami... Całe szczęście wieczorem Ania wybudziła się...
- Siostro... - zawołała do kobiety, która zmieniała coś przy aparaturze - siostro! - powtórzyła, ale nie zauważyła żadnej reakcji.. - siostro, co z moim dzieckiem? - zapytała w końcu nie czekając, aż siostra na nią spojrzy.
- Aniu... - zaczęła cicho, nie patrząc jej w oczy - ...odpoczywaj teraz i zbieraj siły, zaraz przyjdzie do ciebie lekarz - powiedziała już szybko poprawiając jej pościel. Następnie odwróciła się w kierunku wyjścia.
- Ale siostro! Ja pytałam, co z moim Maleństwem - zapytała po raz kolejny zaniepokojona dziewczyna.
Siostra nic nie odpowiedziała, tylko przystanęła chwilę, po czym ruszyła szybko przed siebie. Ania obawiała się najgorszego... nie chciała jednak o tym myśleć... chciała jak najszybciej wiedzieć, co się stało.
- NIECH KTOS MI POWIE, CO Z MOIM DZIECKIEM!!!!!!!!!!!!! - zawołała, zaciskając łzy...
Po chwili w drzwiach stanął doktor Lubrecki, prowadzący ciążę Ani.
- Panie doktorze... niech mi pan wreszcie powie, co się stało, czy dziecko jest zdrowe? Czy nic mu nie jest? Boshhh dlaczego wy wszyscy milczycie?!?!?! - mówiła coraz bardziej zdenerwowana...
- Aniu... uspokój się - zaczął
- Jak mam być spokojna skoro nic nie mogę się dowiedzieć?? - łzy jej ciekły z bezradności.
- Aniu... posłuchaj - spróbował po raz kolejny - to może być dla ciebie szok, ale...
- nie... nie... pan.. pan tylko tak mówi... ale tak naprawdę wszystko jest dobrze, prawda?
- ...ale jak do nas przyjechałaś okazało się... że.. płód jest martwy... musieliśmy ratować ciebie.
- NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! TO NIE PRAWDAAAAA!!!!!!!! NIEEEEEEEEEEE!!!! MOJE MALENSTWOOO - wpadła w histerię
- Aniu uspokój się... zrozum nic się nie dało zrobić - lekarz próbował uspokoić wyrywającą się dziewczynę.
- DLA PANA TO BYL TYLKO PLOD!! TO... TO BYLO MOJE DZIECKO ;( - płakała wyrywając się lekarzowi.
- Rozumiem, co czujesz, wiem, że to nie jest łatwe, ale musisz się oszczędzać... jesteś bardzo słaba... zaraz dostaniesz coś na uspokojenie... - powiedział
- nie chce!!!!!!! nie chce nic na uspokojenie!! niech mnie pan zostawi!!!!!!!!!!
- Aniu... to nie wszystko, co powinnaś wiedzieć... - powiedział cicho lekarz
- co... co jeszcze? - płakała
- Dobrze wiesz, że na aborcje było już za późno... do tego płód był martwy... przykro mi, ale niestety... nie będziesz już mogła mieć dzieci... - powiedział przez zaciśnięte gardło
- niech pan stąd wyjdzie! - powiedziała - NIECH PAN MNIE ZOSTAWI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - krzyknęła, kiedy lekarz nie zareagował.
Lekarz wiedział, że działa pod wpływem emocji, więc zostawił ją samą, żeby się z tym wszystkim oswoiła. Jemu również było ciężko... obwiniał się, że niczego nie zauważył. Ale wyniki do samego końca były dobre, a Ania się nie skarżyła na nic...
- Boże co ja takiego zrobiłam?! Czym ja sobie na to zasłużyłam?! Najpierw mnie w niemiły sposób obdarowałeś dzieckiem... a potem, kiedy już je tak pokochałam, tak się do niego przywiązałam, Ty tak po prostu mi je zabierasz!! Dlaczego?! Dlaczego zabrałeś dziecko a mnie tu zostawiłeś?! Ja też chcę odejść... nie chcę już dłużej żyć! Bez Maleństwa... bez dzieci.... nie chce!! NIE CHCE JUZ ŻYC!! Boże proszęęęęę!!!!! Zabierz mnie do mojego Aniołka... DLACZEGOOoooo....???????????
odcinek 15 - groza... strach... i przerażenie...
Kolejne tygodnie przebiegały bezproblemowo. Ania chodziła do szkoły, spotykała się ze znajomymi, ciąża przebiegała prawidłowo i nawet dobrze się czuła. Co najważniejsze rodzice zrozumieli córkę i zgodzili się pomóc jej w wychowaniu dziecka jako dziadkowie. To uwolniło Anię od większych zmartwień. Teraz mogła się skupić na szkole, wiedziała, że póki dobrze się czuje musi nazbierać dobrych ocen, żeby później nie mieć problemów jeszcze ze szkołą. Dlatego też cały weekend postanowiła poświęcić się historii, ponieważ przeczuwała, że w poniedziałek będzie pytana. W poniedziałek w szkole była jakaś uroczystość, w której brali udział przedstawiciele kół europejskich wszystkich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. Był też tego dnia w szkole Marcin, były chłopak Ani. Widzieli się na przerwie... przechodząc koło siebie odważyli się tylko na ukradkowe spojrzenie i kiwnięcie głową. Kiedy on szedł na akademie, Ania musiała iść na historię. Tak jak podejrzewała pani wywołała ją do odpowiedzi. Oczywiście adrenalina trochę wzrosła... ale Ania wiedziała, że tego dnia jest przygotowana, więc podeszła trochę chętniej niż zwykle.- Szybciej, szybciej... nie będę tu czekała na ciebie całą wieczność! - poganiała ją nauczycielka, mimo, że Ania szła normalnie. - Zeszyt! - krzyknęła kiedy już podeszła do biurka. - To co? Dzisiaj znowu udowodnimy, że się nie uczysz? - zakpiła sobie
- Uczyłam się proszę pani. - powiedziała już zestresowana...
- No to się przekonamy. Pytanie pierwsze.... - i zaczęło się nieprzyjemne odpytywanie. Po 10 minutach męki Ania już nie miała siły...
- A mówiłam, że się nie uczysz?!
- Ale... proszę pani.. uczyłam się cały weekend... przecież tego tutaj nie było... - Ania próbowała się bronić przed jedynką.
- Mam ci udowodnić, że było? Podręcznik proszę! - rozkazała w kierunku klasy, po kilku sekundach podręcznik już leżał na jej biurku.
- Proszę bardzo! Jest!!! To wszystko świadczy tylko o twoim lenistwie! - zaczęła krzyczeć po kilku minutach szukania odpowiedzi na zadane pytanie w podręczniku.
- Ale proszę pani, przecież pani nigdy w ten sposób nie pyta. Zawsze pani pytała z zeszytu, w dodatku materiał w zeszycie był bardzo rozległy, nauczyłam się tego, co było w zeszycie... - tłumaczyła się Ania po przeczytaniu odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie, która była zapisana drobnym druczkiem pod tekstem.
- Mnie to nie obchodzi, na początku pierwszej klasy mówiłam, że obowiązuje was wiedza z podręcznika i zeszytu, więc teraz nie wymiguj się. Dobrze wiem, jaka jesteś leniwa.
- Ale proszę pani... to nie fair... dopiero teraz pani zmieniła zasady odpytywania... skąd mogłam wiedzieć, że takie detale drobnym druczkiem też muszę znać? Zawsze pani powtarzała, że musimy znać najważniejsze rzeczy, które są w zeszycie, a nagle pani zmieniła zdanie. - mówiła, chociaż wiedziała, że i tak jest bezradna... przykro jej tylko było, że mimo swoich starań i tak jest niedoceniana przez panią... a do oczu cisnęły się łzy...
- Skończ dyskusję! Nie mam zamiaru z tobą dyskutować. Pała! Siadaj! - powiedziała rozzłoszczona.
Klasa patrzyła na nią ze współczuciem... Wiedzieli, że umiała wszystko i starała się, a pani wyjątkowo się na nią uwzięła. Ania zabrała zeszyt i poszła w kierunku ławki... Nagle dostała silnego skurczu, złapała się mocno za brzuch i opadła z bólu na podłogę.
- nie... aaa.. nie... ratujcie je... proszę ratujcie... - jęczała z bólu.
Natychmiast podbiegła do niej nauczycielka, ale Julia była szybsza.
- Anka... co ci jest? co cię boli?
- Jula... Jula... ratujcie dziecko! proszę... ono jest ważniejsz.... - prosiła szeptem zaciskając jej dłoń, ale nie skończyła mówić, gdyż straciła przytomność.
- Julka odsuń się od niej! I idź po pielęgniarkę - rozkazała jej pani.
- Nie proszę pani, pielęgniarka tu nie pomoże... dajcie mi szybko telefon - powiedziała po czym od razu dostała telefon od kolegi. - otwórzcie okna! i odsuńcie ławki, ona potrzebuje powietrza. - powiedziała po czym zadzwoniła na pogotowie.
- Proszę szybko karetkę do gimnazjum nr 2, młoda dziewczyna straciła przytomność, nagle bardzo rozbolał ją brzuch, ona jest w ciąży, to może być coś z dzieckiem! proszę... szybko! sala 107. - mówiła zdenerwowana, a kiedy powiedziała o dziecku klasa ucichła...
Julia nie zwracając uwagi na zachowanie klasy rozkazała tylko odsunąć się wszystkim w głąb klasy a sama wybiegła z sali... Posłuchała się jej nawet nauczycielka... Julia szybko wybiegła na korytarz i zbiegła po schodach, gdzie wpadła na Marcina.
- coś się stało? - zapytał widząc ją w takim stanie.
- Julia... ona..
- co z nią?! - zapytał przestraszony
- nie wiem... już jedzie pogoto..
- gdzie ona jest? - przerwał jej Marcin
- w 107.. - powiedziała po czym Marcin pobiegł. - ale uważaj! ona jest w ciąży!! - krzyknęła za nim i pobiegła przed szkołę, żeby poprowadzić ratowników do Ani.
W tym samym czasie Marcin wbiegł do sali, gdzie zobaczył leżącą na podłodze Anię i klasę stojącą wraz z nauczycielką pod ścianą. Nie zważając na nich podbiegł i sprawdził puls. Był coraz słabszy...
- Anka... nie wygłupiaj się... obudź się... - szeptał przestraszony trzymając ją za dłoń. - tyle razem przeszliśmy, nie poddawaj się teraz... bądź dzielna... - mobilizował nieprzytomną dziewczynę.
Po chwili w sali pojawili się ratownicy i tłumacząca im wszystko Ania.
- Proszę odejść - powiedział ubrany na czerwono ratownik do Marcina.
Marcin odszedł i stanął obok Julii.
- Dlaczego mi nie powiedziałyście?! - zapytał z wyrzutem
- Marcin... nie pytaj mnie o to... ja nie mogłam - powiedziała smutno - to było dla niej bardzo trudne, nie miej do niej wyrzutów z tego powodu...
- Dziewczyno, przecież pomógł bym jej! Wiem, że nie jesteśmy już razem, ale nigdy nie była mi obojętna! Zawsze mogła liczyć na moją pomoc...
- Marcin, chyba nie w tym przypadku. Powiedziała tylko mi... nie wie nikt poza mną i jej rodzicami... ona jest zakochana w tym dziecku... ja nie wiem jak ona to przeżyje, jakby mu się coś stało - rozpłakała się Julia.
- Niech pani poda nam danie dziewczynki - zwrócił się jeden ratownik do nauczycielki.
- Anna Kieszkowska. - odpowiedziała przerażona.
Ratownicy zakończyli pierwszą pomoc i położyli ją na noszach. Po chwili wynieśli nieprzytomną Anię z sali... W oczach klasy jawiło się przerażenie...
- Panie doktorze, co z Anią i z dzieckiem? Ona prosiła... żeby ratować dziecko. - podbiegła Julia do lekarza.
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby uratować oboje. Dzielnie się spisałaś... - powiedział, po czym odwróciła się w kierunku wyjścia.
- aha... pani doktor jeszcze jedno... - zawołała Julia
- tak?
- jej lekarzem prowadzącym jest doktor Lubrecki... chyba Wojciech Lubrecki, jeśli to będzie potrzebne.
- dziękuję, to bardzo przydatna informacja, bądź dobrej myśli. - powiedział, po czym wyszedł z sali zostawiając wszystkich w ciszy...
odcinek 14 - mama czy siostra? babcia czy mama?
- Anka, tak dłużej nie można... tym razem nie pozwolę ci odmówić! Chodźmy gdzieś... nie wiem, gdziekolwiek. Niech będzie tak jak dawniej, chociaż spróbuj i pomyśl, okej? - Julia zawzięcie namawiała Anię na wyjście z domu.- Ok, to zajdź po mnie o 19, pójdziemy do Primavery, albo gdzieś do miasta - ku jej zaskoczeniu zgodziła się bez protestu.
- Naprawdę?! To... super! Przyjdę po ciebie. To do jutra, pa - pożegnała się zadowolona.
- No czekam, pa - Co prawda nie miała ochoty na żadne wyjście, ale wiedziała, że to odpowiedni moment, żeby o wszystkim powiedzieć Julii.
Był piątek wieczór. Ania trochę posprzątała pokój i poczytała książkę. Dość szybko się położyła, gdyż następnego dnia rano czekała ją wizyta u lekarza, na którą chciała być wypoczęta. Rano czuła się dziwnie... jakoś ją mdliło i było jej niedobrze, ale nie wymiotowała... Ubrała się i poszła do lekarza. "Wszystko jest w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo - będzie dobrze" usłyszała na koniec wizyty i w lepszym nastroju wróciła do domu. Kiedy o 19 zadzwonił dzwonek, Ania była już gotowa i razem zdecydowały się na Primaverę. Zajęły tradycyjnie miejsce przy oknie... zdawało się być jak dawniej. Ulica tego wieczoru była piękna... Pomarańczowe latarnie oświetlały przechodniów, a z nieba prószył biały, błyszczący śnieg.
- Cieszę się, że zgodziłaś się wyjść dzisiaj wieczorem - zaczęła Julia - dawno nigdzie razem nie byłyśmy... - zauważyła.
- tak, racja... - przytaknęła Ania, ale była jakby nieobecna.
- co jest? Anka, nie zadręczaj się już.... co się stało to się nie odstanie, ale zapomnij o tym, teraz będzie tak jak dawniej... tylko uwierz! - zaczęła temat
- już nic nie będzie tak jak dawniej... - powiedziała cicho
- niby dlaczego? - nieświadoma niczego zaczęła się dopytywać.
- Julka! nie wiesz wszystkiego... nic nie rozumiesz - stwierdziła ze smutkiem.
- to mi wytłumacz to, czego nie rozumiem. Przecież nic już nie zmienisz, zostałaś porwana, ale już jest w porządku... zapomnisz o tym i będzie tak jak dawniej...
- mówisz tak jakby to było takie proste... nie będzie tak jak dawniej! nie będzie tak jak dawniej bo... - urwała, bo nie wiedziała jak ma to powiedzieć.
- no? bo? bo co?
- bo ja nie jestem sama - powiedziała zniżając głowę.
- masz chłopaka?! dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej??? to przecież cudownie! powinnaś się cieszyć :D Anka no ja cię nie rozumiem, co z nim nie tak? - nie świadomie, że źle odebrała słowa przyjaciółki mówiła podekscytowana.
- nie mam chłopaka! źle mnie zrozumiałaś - powiedziała smutno
- to co? jak nie masz chłopaka, a nie jesteś sama...?
- ehh.... ja jestem w ciąży! on... on... on mnie zgwałcił :( - mimo, że chciała być twarda rozpłakała się.
- cc... yy.. eee... że co?! ANKA!!!! - dopiero po chwili otrząsnęła się z szoku i podbiegła przytulić przyjaciółkę. - tak mi przykro... dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? byłaś z tym cały czas sama? przecież... byłoby ci łatwiej... - mówiła wszystko i nic, bo nie wiedziała, co powiedzieć.
- nie chciałam... nie wiedziałam jak.... :( ale już dłużej nie mogłam ukrywać tego, musiałam ci powiedzieć :(
- chodź stąd... idziemy na zewnątrz - powiedziała podając Ani kurtkę. Zostawiła pieniądze na stole i wyszły.
Tej nocy Julia spała u Ani. Przegadały i przepłakały kilka dobrych godzin. Mimo, że Ania nie rozmawiała jeszcze o tym z rodzicami, była już pewna, że nie odda dziecka. Miała jedynie nadzieję, że rodzice zaakceptują jej decyzje i pomogą, kiedy tej pomocy będzie potrzebować. Jednak kiedy kilka dni później powiedziała o tym rodzicom, ich reakcja jej nie zadowoliła.
- córeczko... przecież to dla twojego dobra i dla dobra dziecka - tłumaczyli
- jakie wy tu widzicie dobro rozdzielając nas? - protestowała, a z oczu ciekły jej strumieniami łzy. - przecież to moje dziecko i to ja je kocham, wiem, że ze mną będzie mu dobrze. A co jeśli trafi do jakiejś złej rodziny? Jeśli będzie się czuło niezaakceptowane? Jeśli oni nie będą go kochać tak mocno, jak swoje własne dziecko? Przecież tego nie możecie zapewnić ani wy ani nikt inny!
- Wiemy, że jest ci ciężko, ale pomyśl o sobie? Jak zamierzasz się dalej uczyć z dzieckiem? Co ze studiami? Poza tym dziecko potrzebuje ojca! Zobacz na to wszystko z drugiej strony.
- A ty mamo? Oddałabyś mnie jak się urodziłam?
- To była inna sytuacja - powiedziała mama zaskoczona zmianą frontu.
- To nie była inna sytuacja. Kochałaś i nie oddałaś mnie. A ja kocham to dziecko i niezależnie od waszego zdania nie oddam go. Jeśli nie chcecie mi pomóc i nie chcecie mnie tutaj z dzieckiem... trudno, poradzę sobie w życiu, ale go nie oddam! Nie ważne jak będziemy żyli, ważne, że razem. - powiedziała stanowczo, odwróciła się na pięcie i wyszła do swojego pokoju zostawiając zaskoczonych rodziców.
Kilka godzin później mama przyszła do pokoju i usiadła obok leżącej na łóżku córki.
- Aniu, nie traktuj nas jak potworów. Nie chodzi nam o to, że nie chcemy tutaj dziecka, ale o twoją przyszłość. Razem z tatą doszliśmy do wniosku, że możemy iść na kompromis. Ty będziesz się uczyła i ułożysz sobie życie, a my adoptujemy twoje dziecko i będziemy wychowywać jak własne. Pokochamy je tak jak kochamy ciebie i będzie z tobą pod jednym dachem... Kiedyś jak już dorośnie jeśli będziesz chciała to powiemy mu prawdę, ale niech dorasta z myślą, że my jesteśmy jego rodzicami, a wy jesteście rodzeństwem. Tak będzie lepiej dla ciebie i dla dziecka. Pomyśl o tym... - powiedziała i wyszła z pokoju zostawiając córkę.
Ania była w szoku. Nie mogła z siebie wydobyć głosu. Jak mogli wpaść na taki pomysł?! Ma przez całe życie nie przyznawać się do dziecka? Przecież to straszne...
odcinek 13 - dawna rzeczywistość
Minął tydzień zanim Ania poczuła się gotowa, żeby wrócić do szkoły. Chociaż okropnie się bała spotkania z rówieśnikami, a szczególnie bała się, że spotka Norberta nie okazywała tego. Starała się być dzielna i spokojna. Przecież stres szkodził dziecku. Pierwszego dnia poszła do szkoły z Julią. Ludzie przyjęli ją normalnie, tak jakby nic się nie stało. Nikt nie wiedział o ciąży, oprócz wychowawcy... Tego dnia była jednak historia, której nienawidziła, tak samo jak i nauczycielki... Temat był nudny... a Ania nie potrafiła się skoncentrować. Czuła na sobie oczy całej klasy, chociaż wiedziała, że każdy jest czymś zajęty i nikt nie zwraca na nią szczególnej uwagi.-... Anka znasz odpowiedź czy nie? - Ania usłyszała głos zdenerwowanej nauczycielki dopiero jak koleżanka z ławki ją szturchnęła.
- yy... przepraszam, nie słyszałam pytania - powiedziała beznamiętnym tonem
- Co ty dziewczyno wyprawiasz?! Siedzisz w pierwszej ławce i nie uważasz?! Jak ty chcesz zaliczyć sprawdzian?! Nie uczysz się!! Myślisz o niebieskich migdałach, zamiast uważać!! Z pewnością nie potrafisz nawet powiedzieć czego dotyczy dzisiejsza lekcja!! - krzyczała nauczycielka nad uczennicą.
- przepraszam - powtórzyła tym samym beznamiętnym tonem, była przyzwyczajona do takiego zachowania nauczycielki, zwykle słyszała tego typu oskarżenia od niej... starała się nie brać do siebie tego, co mówi pani i uspokoić. Była pewna, że zaliczy sprawdzian choćby na 3... Ania była wzorową uczennicą... jedynie j. angielski był jej słabym punktem, no i ta historia... to był dramat... nie ze względu na stopień trudności, ale ze względu na nauczyciela. Ania potrafiła mieć 5 ze sprawdzianów, ale tylko ze sprawdzianów... gdyż przy odpowiedzi zawsze pani potrafiła się tak przyczepić, żeby udowodnić Ani, że jest nieukiem, leniem i nie zaliczy roku, obniżając przy tym ocenę. Ale nie ma się co przejmować... są większe problemy od tej historii.
Przez kilka kolejnych dni Ania zaczęła przyzwyczajać się do swojego stanu i otoczenia. Nie była jednak taka jak dawniej, uśmiech rzadko widniał na jej twarzy. Któregoś dnia gorzej się poczuła w szkole i postanowiła się zwolnić u wychowawcy wcześniej do domu. Zaraz przy wyjściu z bramy szkoły zaskoczył ją jednak Norbert.
- Witaj Kochaniutka - powiedział słodkim głosem łapiąc ją za brodę.
- Z--z-zostaw mnie... - zareagowała bardzo przestraszonym głosem.
- Za chwilę... teraz mnie posłuchasz gówniaro - powiedział ostrzej, zaciskając dłoń na jej twarzy. - Nie znasz mnie i nigdy mnie nie widziałaś, zrozumiałaś?!
- TY! Ty chamie!! Zgwałciłeś mnie! A ja mam iść ci na rękę? - wybuchła
- Pff... sama się prosiłaś, wiem, że tego chciałaś i się teraz nie wymiguj! Zresztą... kto by ci uwierzył, co? Trzeba było tańczyć jak cię prosiłem, a nie uciekać jak jakiś kopciuszek!
- Puść mnie!! - krzyknęła Ania
- Jeszcze raz krzykniesz, albo piśniesz komuś słówko to zrobimy powtórkę z rozrywki!! I nie waż się iść na policję! - powiedział przez zaciśnięte zęby i puścił ją lekko popychając.
Ania odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w kierunku domu, zaciskając łzy. Po powrocie do domu nie zastała nikogo. Podeszła do stołu, na którym leżała kartka:
Jakbyś się źle czuła to zadzwoń.
Kocham,
Mama"
- Już tak dłużej nie mogę, nie wytrzymam! - płakała, mówiąc do swojego maleństwa - Kruszynko... ja muszę o tobie komuś powiedzieć, mam dość bycia z tym wszystkim sama... w szkole każdy się śmieje, wygłupia... a ja pilnuje, żeby nic ci się nie stało... Nie powiem o tobie.. tacie. NIE!!! Ty nie masz taty - rozpłakała się jeszcze bardziej - Masz mnie, a ja mam ciebie.. sami sobie poradzimy, nigdy nie poznasz ojca, nie pozwolę, żeby zrobił ci jakąś krzywdę! Mam nadzieję, że to zrozumiesz jak dorośniesz. Że nie będziesz miał do mnie żalu. Powiedz... jesteś chłopcem czy dziewczynką? - zapytała chociaż wiedziała, że odpowiedzi nie uzyska. - Nie ma dla mnie znaczenia czy jesteś chłopcem czy dziewczynką, ważne, że jesteś moim dzieckiem - roześmiała się - chyba powiem o tobie cioci Julii. Tak... będziesz miał ciocię. Cieszysz się? Będzie cię kochać tak samo jak mamusia. Będziemy wszyscy wychodzić na plac zabaw jak podrośniesz. A jak będziesz malutki to będziemy się bawić grzechotkami... pokażę ci ptaszki w parku, i kaczuszki... A może jesteś dziewczynką? hmm... będę się do ciebie zwracać Kruszynko lub Kochanie, dobrze? Ohh Kochanie, jaki świat jest piękny... tylko życie bywa okrutne... ale mama nie pozwoli, żeby stała ci się jakaś krzywda... nie pozwoli... pamiętaj.
odcinek 12 - a co dalej?
- Byłaś dzielna Aniu, mam dla Ciebie dobrą i złą wiadomość - powiedział lekarz z uśmiechem na twarzy stojąc nad łóżkiem Ani - którą pierwszą chcesz usłyszeć?- może poproszę dobrą... nacieszę się nią zanim pan powie tą złą
- hm.. no dobrze.. tak więc tą dobrą wiadomością jest fakt, że będziemy się widywać na badaniach raz na trzy tygodnie, może co miesiąc, a jakby się coś działo to częściej... zobaczymy jeszcze jak to będzie - powiedział
- a ta zła? - zapytała niepewnie, gdyż na tą dobrą wcale z radości nie skakała
- no a ta zła... ehh... niestety już jutro nas opuszczasz i.. wracasz do domu!
- woow... naprawdę? Czy.. czy to znaczy... że wszystko jest w porządku? - zapytała z niedowierzaniem
- w jak najlepszym - powiedział rozbawiony
- Boże... dziękuję Panu bardzo... a co z dzieckiem?
- Nie martw się... wszystko jest tak jak być powinno. Jeszcze przyjdzie do Ciebie doktor Lubrecki i powie ci jakie diety musisz zastosować, co ograniczyć a co nie. Wszystko będzie dobrze. Jutro rano dostaniesz wypis.
- Naprawdę... bardzo panu dziękuję - powiedziała podekscytowana.
Była to informacja, o której marzyła w ostatnich dniach. Nadal jednak nie dowierzała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zdawało jej się, że specjalnie oszukują ją, żeby się nie martwiła, że jednak coś jest nie tak... po co inaczej byłyby tak często badania? Postanowiła się jednak nie zamartwiać na zapas i cieszyć się z tego, co mówią lekarze.
Kiedy rozległo się pukanie, a w drzwiach stanął uśmiechnięty Michał nie potrafiła nie odwzajemnić uśmiechu.
- Mogę - zapytał jednak niepewnie przy wejściu.
- No jasne... wchodź! - odpowiedziała radośnie.
- oOo skąd ta nagła zmiana nastroju? Od razu widać, że czujesz się lepiej :)
- Jutro wychodzę do domu, czuję się już dobrze i w ogóle wszystkie wyniki są poprawne... tylko będę musiała ich odwiedzać co jakiś czas na kontrole - roześmiała się Ania
- to cudownie.
- Michał...?
- tak?
- Powiedz mi coś o sobie.
- hmm... a co chcesz wiedzieć? Pytaj konkretnie :P
- no nie wiem :D wszystko :P
- no to powiedzmy, że mam 17 lat, jestem sobie zwyczajnym chłopakiem nie wiem co mam powiedzieć... dziwnie się mówi o sobie - powiedział
- a czym się interesujesz?
- trochę piłką ręczną, trochę koszykówką... grafika komputerowa i takie tam...
- a jakiej muzyki słuchasz?
- praktycznie to każdej, nie jestem wybredny - roześmiał się
- hehe ja też... ale nie lubię metalu i ostrego rocka...
- a gdzie się uczysz? - zapytał tym razem Michał
- w gimnazjum nr 2, a ty?
- ja w Elżbiecie... niestety :P
- Dlaczego niestety?
- Zrycie jest... nie idź tam.
- a właśnie się zastanawiam nad Elżbietą lub ekonomem... ale jeszcze czas, zobaczymy jak to będzie.
Rozmowa zaczęła im się kleić i trwała około godziny. Jednak po godzinie przyszedł doktor Lubrecki i Michał poszedł do domu, ale zdążyli się polubić i wymienić swoimi numerami.
- I jak Aniu? cieszysz się że już jutro do domu wychodzisz? - zapytał lekarz siadając na krześle obok Ani.
- tak... bardzo, ale... czy wszystko jest na pewno w porządku? Bo jak nie, to ja jeszcze zostanę w szpitalu, żeby tylko było jak najbezpieczniej dla dziecka.
- Nie ma takiej potrzeby. Wszystko jest ok. A badania będą często, ponieważ jesteś młoda i musimy kontrolować i Ciebie i dziecko. A gdyby coś się działo to od razu będziemy reagować. Musisz po prostu przestrzegać zasad a wszystko będzie dobrze. - uśmiechnął się do dziewczyny.
- no dobrze... a jakie to zasady?
- Po pierwsze, gdyby coś się działo niepokojącego pomiędzy badaniami kontrolnymi musisz niezwłocznie mnie o tym powiadomić. I najważniejsza zasada: unikaj stresu i nie denerwuj się. To jest najważniejsze. Stres jest bardzo szkodliwy dla dziecka. Pamiętaj, że dziecko wszystko czuje, każdy twój nastój, humor. Nie możesz się przemęczać, dźwigać ciężkich rzeczy. Wysypiaj się. Najlepiej idź spać o tej samej porze codziennie, w miarę możliwości oczywiście. I w szkole... bo jak mniemam będziesz do niej na razie chodziła, tak? - zapytał
- sądzę, że tak... nie chciałabym zawalić roku, ale szczerze to jeszcze nad szkołą nie myślałam. - powiedziała trochę zmartwiona
- nie martw się, jakoś to będzie :) a w szkole uważaj na przerwach, żeby nikt cię nie uderzył, nie popchnął na to uważaj. Dostaniesz zwolnienie z lekcji w-fu, ale to nie znaczy, że nie możesz ćwiczyć. Ćwiczenia gimnastyczne wykonuj, ale z granicą. Nic na siłę, tylko tyle ile możesz. Staraj się robić wszystko żeby się nie przeziębić. Nawet z głupim katarem jak wy to mówicie zgłoś się do lekarza. I pamiętaj żeby powiedzieć lekarzowi, że jesteś w ciąży i co najważniejsze NIE PRZYJMUJ SAMA ŻADNYCH LEKÓW - powiedział pomału, głośno i wyraźnie - zrozumiałaś?
- tak, nie będę.
- no i to o czym już raczej nie powinienem mówić, ale nie pij alkoholu ani nie pal...
- oczywiście panie doktorze.
- no to by było na tyle - uśmiechnął się i poklepał ją po ramieniu - zobaczysz... urodzisz słodkie maleństwo.
- dziękuję panie doktorze, bardzo panu dziękuję - powiedziała Ania dotykając brzucha i uśmiechając się do lekarza.
Lekarz poszedł, a Ania wyjęła swój notatnik, który przyniosła jej mama i zaczęła pisać...
"Więc jednak wszystko jest dobrze, urodzę piękne dziecko... :) Szkoda, że będę musiała je oddać... Będę musiała? Ale jak? Ja już je... pokochałam! Tak, pokochałam. Wiem, że przypomina mi... przypomina mi o tym wszystkim, ale ja je kocham... Nie chcę go oddawać... Ale co zrobić? Tak będzie dla dziecka lepiej... ja sobie poradzę, żeby tylko ono miało jak najlepsze życie. To przecież dziecko jest tu najważniejsze... nie ja... nie rodzice... tylko dziecko. Ehh tyle już za mną, ale jeszcze tyle przede mną! Teraz dopiero się zacznie... policja, pewnie będą przesłuchania, ale ja nie chce... ja nie chce zeznawać! przyjaciele... ciekawe jak zareagują, w końcu i tak się dowiedzą, aż nie chce mi się o tym myśleć :/ a szkoła? te.. O BOSHE!!! przecież ON... on będzie chodził do szkoły... Dopiero teraz o tym pomyślałam! skoro nie chcę zeznawać to.. to jemu nic na razie nie grozi... przecież nie było świadków! a co jeśli będzie mnie zaczepiał?! Ja nie chce go widzieć!!!!!!!!!!!!!!! Nie chce! NIE CHCE WRACAĆ DO SZKOŁY! Boję się go... :( Życie jest okrutne..."
odcinek 11 - decyzja
- Mamoo...- Słucham Aniu? Nie zauważyłam kiedy się obudziłaś - uśmiechnęła się mama podnosząc wzrok z gazety na córkę.
- Nie spałam... leżałam, nie mogę zasnąć... Mamo, co byś zrobiła na moim miejscu? Powiedz... co ja mam zrobić? - pytała, ale głos jej się załamywał
- Dziecko... masz 15 lat, całe życie przed Tobą. Musisz zdać sobie sprawę z tego, że dziecko wszystko zmieni w Twoim życiu. Zawsze będziesz musiała pomyśleć najpierw o nim, a dopiero potem o sobie. Wychowywanie dziecka to nie jest prosta sprawa... - zaczęła jej tłumaczyć mama.
- tak mamo, ja to wszystko wiem... ale żeby podjąć decyzję muszę wiedzieć na ile Wy jesteście w stanie mi pomóc. Dziecko kosztuje, a ja nie mam stałych dochodów. Wiem, że coś dostałabym od państwa, ale nie wiem czy to wystarczy. Poza tym czy wy w ogóle chcecie mi pomóc w wychowaniu...
- ależ... - wtrąciła się w zdanie mama
- nie przerywaj mi mamo, daj mi skończyć i powiedz szczerze jak to jest od waszej strony - przerwała jej poważnie. W tym momencie do sali wszedł ojciec - o tato, dobrze, że jesteś... siadaj - powiedziała a sama wstała i podeszła do okna. - właśnie rozmawiałam z mamą o tym, co teraz zrobić. Nie uświadamiajcie mnie w tym pod względem, że już się wszystko zmieni i skończy się zabawa, bo ja to wszystko wiem. Jest mało czasu na podjęcie decyzji. Stało się jak się stało, tego już nie zmieni żadne z nas. Teraz musimy zastanowić się, co dalej... Całą noc nie spałam i myślałam jak to będzie... Zdecydowałam i zdania nie zmienię niezależnie od tego jakie będzie wasze zdanie, że dziecka nie usunę. Ono niczemu nie zawiniło, a ja nie pozwolę na to żeby moje dziecko zostało zabite... - i w tym momencie urwała, nie zwracając uwagi na zszokowanych rodziców zdała sobie sprawę, że zachowuje się jak prawdziwa matka. Czuje, że nosi w sobie dziecko, swoje dziecko... Ania nagle wyszła ze stanu szoku, tej zaczynającej się depresji... wzięła się w garść w ciągu jednej nocy, bo zdała sobie sprawę z tego, że już nie decyduje tylko o sobie. Wiedziała, że to od niej zależy życie jej dziecka. A kiedy już uznała to dziecko za swoje nie mogła pozwolić na to, żeby stała mu się krzywda. Po krótkiej chwili kontynuowała dalej. - Musicie mnie zrozumieć. To dziecko nie było owocem miłości... - znowu urwała, gdyż gardło jej się zacisnęło a w oczach pojawiły się łzy, ale przełknęła ślinę, przymknęła swoje niebieskie oczy i dzielnie mówiła dalej - ...ale to dziecko jest moje i chcę je urodzić. Nie dam rady go wychować... a na pewno nie zdołam wychować go sama. Do wyboru są dwa wyjścia: albo pomożecie mi wychować dziecko i przyjmiecie nas oboje pod swoim dachem, albo urodzę i oddam dziecko do adopcji... może kiedyś zrozumie. Są takie adopcje w których matka może się widywać z dzieckiem bez ograniczeń. Może znajdę rodzinę, która zgodzi się na takie warunki... nie usunę dziecka. - zakończyła czując się jak w filmie... tylko, ze to ona była jego główną bohaterką, a nie jak zwykle widzem. Zszokowani zachowaniem i dorosłą wypowiedzią córki rodzice przez chwilę jeszcze nie wiedzieli, co powiedzieć... pierwszy odezwał się ojciec.
- moim zdaniem trzeba się na spokojnie zastanowić nad dalszym rozwiązaniem. Nikt cię nie zmusi do aborcji, my jako rodzice tym bardziej, to by było okrutne - powiedział, na co matka skinęła głową i przejęła głos.
- jeśli czujesz się na siłach, żeby przejść przez całą ciążę to nie robimy ci z tego powodu problemów. Ale wiesz, że musisz zastosować się do różnych diet, przechodzić pewne etapy ciąży, które bywają trudne? - zapytała
- dam rady mamo, muszę... wiele nastolatek jest w ciąży i sobie radzą i ja też sobie poradzę... - odpowiedziała zawzięcie.
- w takim razie jeśli ustaliliśmy, że urodzisz dziecko możemy powiadomić o tym lekarza. A co zrobimy po narodzinach dziecka musimy dobrze się zastanowić i proponuje z tym zaczekać parę dni i
pomyśleć. - powiedział pan Tadeusz.
- ale jesteś pewna córeczko? wiesz, że już nie będzie odwrotu? musisz podjąć ostateczną decyzję... - dopytywała się mama.
- tak mamo... jestem pewna. urodzę to dziecko! - powiedziała dzielnie.
Tak więc parę minut później Ania oraz rodzice poinformowali lekarza o podjętej decyzji. Następnego dnia miała zostać przewieziona na ginekologię, w celu przeprowadzenia badań, a za dwa dni jeśli wyniki będą dobre zostanie wypisana do domu. Na tą wiadomość Ania, aż krzyknęła z radości. teraz marzyła jej się ciepła kąpiel i wygodne swoje łóżeczko. ale to dopiero za dwa dni... za to po południu w szpitalu czekała ją miła niespodzianka. Mianowicie odwiedzili ją koledzy i koleżanki z klasy. Każdy uścisnął Anię i dali jej kwiaty. Przez godzinę opowiadali jedno przez drugiego jak się martwili, jak nauczyciele się dopytują gdzie jest, że nudno bez niej i wygłupiali się. Dzięki nim Ania zapomniała o wszystkich problemach, które teraz jej spadły na głowę. Po godzinie zaczęli się rozchodzić. Została już tylko Julka, żeby porozmawiać jak dawniej.
- Przepraszam Ania, że wcześniej do ciebie nie przyszłam, ale na prawdę nie wiedziałam nawet jak się zachować... wiem, co się stało... jest mi tak bardzo przykro, jeszcze zostawiłam cię z tym samą - powiedziała wtulając do siebie Anię
- Nic się nie stało Juluś... nie mam do ciebie pretensji. I tak musiałam pobyć trochę sama Kochanie. Sądzę, że gdybyś przyszła wcześniej nie byłabym w stanie z tobą rozmawiać. Dopiero dziś wróciłam do formy, na prawdę się cieszę, że przyszli wszyscy - powiedziała z uśmiechem.
- Fajną mamy klasę, co? - roześmiała się Julka
- Świetną - potwierdziła
- Kiedy cie wypisują? - zapytała Julia
- Chyba za dwa dni, jeszcze muszą mi powtórzyć badania i dopiero wtedy jak będzie ok mogą mnie wypisać.
- A jak się czujesz?
- Dobrze... już dobrze... - powiedziała zmienionym głosem i szybko odwróciła wzrok. Niby rozmawiała z najlepszą przyjaciółką, a nie umiała przyznać, że jest w ciąży... Dlaczego zwleka? Przecież i tak wszyscy się dowiedzą, a to jest jej najbliższa przyjaciółka...
- Na pewno? - upewniła się zaniepokojona tonem jakim odpowiedziała Ania
- Tak, wszystko ok. Nie martw się Kochanie - powiedziała z udawanym uśmiechem.
- To dobrze... - odwzajemniła uśmiech, chociaż wiedziała, że Ania nie jest z nią szczera. Nie dociekała prawdy, bo nie chciała naciskać na Anię. Doszła do wniosku, że jeśli Ania będzie gotowa to jej o wszystkim powie. - Wiesz Aniuś... ja już muszę zmykać, ale mogę Cię jutro odwiedzić - powiedziała miło
- hm.. z tego, co wiem to jutro będę miała cały dzień badania na różnych oddziałach, więc nie wiem czy będę miała możliwość do odwiedzin. Napiszę ci esa jutro, ok?
- ok, to czekam na eska, teraz już lecę. Buźka - pożegnała się z Anią i wyszła.
A Julka rozmyślała trzymając rękę na brzuchu... Tak kochała dzieci, że już od pierwszych dni przywiązywała się do tej malutkiej fasolki... Ale wiedziała, że nie poradzi sobie z wychowaniem... że będzie musiała je oddać zaraz po tym, jak przyjdzie na świat... Bała się, że serce jej pęknie z bólu jak przyjdzie czas rozstania. Na samą myśl zacisnęło jej się gardło, a łzy pociekły jak woda z kranu...
odcinek 10 - ...w roli matki?
- Proszę - rzekł lekarz po usłyszeniu pukania do drzwi- Dzień dobry panie doktorze, mieliśmy przyjść dziś rano do pana - powiedział pan Tadeusz
- tak, tak... proszę usiąść - wskazał rodzicom dwa krzesełka na przeciwko siebie
- Czy już coś wiadomo?
- tak mamy już wyniki badań. Na szczęście żaden narząd nie został uszkodzony i wszystko jest w porządku pod tym względem. Nie ma wstrząsu mózgu, nerki również są w porządku...
- to całe szczęście... - uradowała się pani Ela - to znaczy, że trzeba się już skupić tylko na stanie psychicznym?
- ...i tak... i nie... - powiedział pomału lekarz
- co to znaczy? - zapytał ojciec dziewczynki i w tym samym czasie do pokoju lekarskiego wszedł młody lekarz
- wołałeś mnie? - zapytał lekarza prowadzącego
- tak Wojtek, chodź. To są rodzice Ani, którą dzisiaj badałeś, przedstaw im wszystko dokładnie, ja jeszcze nie zdążyłem powiedzieć.
- a..ale o czym panie doktorze? co się stało? - zaniepokoili się już rodzice
- spokojnie, to jest doktor Wojciech Lubrecki, ginekolog, który wszystko Państwu wytłumaczy - powiedział i zwolnił miejsce lekarzowi, a sam usiadł na krześle obok.
- Proszę Państwa - zwrócił się do zaskoczonych rodziców - Ania jest w ciąży... - powiedział, ale przerwał, bo pani Ela wydała z siebie stłumiony, krótki krzyk przerażenia - spokojnie... jesteśmy pewni, że dziecko powstało w wyniku przemocy i wykorzystania seksualnego. Prawo zezwala w tej sytuacji na aborcje, której mogę się podjąć. Decyzja należy do Państwa i Państwa córki.
- czy można usunąć nie mówiąc jej o ciąży? przecież to zrujnuje jej życie, nigdy nie zapomni o tym co się stało, bo zawsze dziecko będzie jej o tym przypominało... ona nie może się dowiedzieć - zapytała pani Ela.
- nie, nie... takie wyjście nie wchodzi w grę. Państwa córka ma już 15 lat, musi wiedzieć o tym, że jest w ciąży i musi podjąć decyzję... Państwo mogą jej w tym pomóc, ale to do niej należy ostatnie słowo. - stwierdził.
- Czy ciąża w tym wieku nie jest niebezpieczna dla naszej córki?
- Ania do tej pory rozwijała się prawidłowo, nie widzę przeciwwskazań od strony zdrowotnej do urodzenia tego dziecka. Wszystko zależy od tego, czy Ania pod względem psychicznym będzie w stanie zostać matką oraz od tego na ile Państwo będę mogli jej pomóc. To dla niej teraz najważniejsze, żeby czuć w Państwu oparcie. - tłumaczył lekarz
- rozumiem... a ile czasu ma na podjęcie decyzji? - zapytała matka
- im szybciej tym lepiej... Ania jest młoda i czym później tym większe ryzyko. Chciałbym znać decyzję w ciągu najbliższych dni. Jeśli Państwo chcą to mogę jej powiedzieć o tym dzisiaj, niech się z tym prześpi i na spokojnie pomyśli. Chyba, że to Państwo chcą ją poinformować?
- Nie Panie doktorze... niech Pan jej powie... tylko proszę delikatnie.
- Dobrze w takim razie, ja już pójdę i zostawię Państwa z lekarzem prowadzącym, będziemy w kontakcie, do widzenia.
- do widzenia - odpowiedzieli rodzice
- zaczekaj Wojtek - zawołał doktor Sokół i podszedł do drzwi, w których stał Wojtek. - jeśli Ania zdecyduje się kontynuować ciążę to ile chcesz ją jeszcze trzymać na obserwacji?
- słuchaj... nie widzę pod tym względem żadnych przeciwwskazań do wypisu. Zatrzymajmy ją jeszcze dwa, góra trzy dni i myślę, że można wypisać. Chyba, że zdecyduje się na aborcje to wtedy oczywiście nie.
- dzięki, to idź jej powiedz, ja jeszcze porozmawiam z rodzicami. - powiedział, po czym zwrócił się do rodziców - Nie chcę Państwa dłużej zatrzymywać, myślę, że w ciągu kilku dni już wypiszemy Anię, jeśli nie zdecyduje się na usunięcie dziecka. Jeszcze jedna sprawa, mianowicie czy Państwo będą korzystać z usług szpitalnego psychologa, czy na własną rękę u kogoś innego?
- Po wyjściu ze szpitala zapewnimy jej opiekę psychologa na własną rękę - odpowiedział ojciec dziewczyny.
W tym samym czasie lekarz wszedł do sali Ani.
- to nie możliwe... - płakała - to nie może być prawda! przecież ja jestem za młoda. miałam plany na życie, chciałam skończyć prawo, wyjechać, mieć męża, psa i gromadkę dzieci... ale nie teraz! po cholerę poszłam na tą dyskotekę......
- nie obwiniaj się - przerwał jej młody lekarz - to nie Twoja wina, była tu policja, powinnaś zeznawać i ukarać tego, który Ci to zrobił
- nie - powiedziała stanowczo odwracając głowę, nagle zrobiła się bardzo poważna i przestałą płakać - nie będę zeznawać
- ale...
- proszę mnie zostawić samą
- Aniu nie zamykaj się w sobie - próbował naprawić kontakt, ale na daremne - zostawię Ci tutaj ulotki dotyczące aborcji i ciąży, prześpij się z tym... ale nie zwlekaj długo z decyzją. Przyjdę jeszcze do Ciebie, odpocznij. - powiedział i wyszedł, a do sali weszli rodzice.
- córeczko... - podbiegła do niej mama i mocno ją przytuliła
Na to zdrobnienie Ania uświadomiła sobie, że ona też będzie mogła niedługo mówić do tego ziarenka, które trzyma w sobie "córeczko" lub "synku". Pozwolić mu żyć?
- mamo... zostawcie mnie samą - powiedziała, a jej oczy się zaszkliły.
- ale córeczko... - zaprotestowała mama
- mamo, proszę!
- chodź Elu... zostawmy ją na trochę - mąż zwrócił się do żony, a następnie opuścili salę.
Na korytarzu wpadł na nich Malutki ubrany w szerokie dżinsy i szeroką bluzę.
- przepraszam - powiedział i ruszył w kierunku sali Ani.
- chwileczkę chłopcze - zawołał pan Tadeusz - kogoś szukasz?
- w prawdzie już nie szukam, bo znalazłem, a o co chodzi?
- a kim jesteś?
- yy no wie pan.. .to chyba ja powinienem o to zapytać. Zatrzymuje mnie pan i wypytuje, to chyba coś nie tak...
- ja jestem ojcem tej dziewczyny i wolałbym wiedzieć, kto ją odwiedza, tym bardziej, że cię chłopcze nie znam.
- ahm... rozumiem, nazywam się Michał Nochelski, to ja znalazłem ją nieprzytomną i zadzwoniłem po pogotowie, chciałem się dowiedzieć jak się czuje. - powiedział Malutki
- to Ty ją znalazłeś? - zapytał z niedowierzeniem - chcielibyśmy Ci z żoną podziękować... - powiedział i uścisnął mu dłoń
- nie ma za co... każdy zrobiłby to samo na moim miejscu - powiedział z uśmiechem - czy mogę ją zobaczyć? - zapytał
- niestety... ona dużo przeżyła i nie chce być na razie sama.
- ja jednak nalegam... jeśli nie będzie chciała rozmawiać to wyjdę - obiecał, ale ojciec nie chciał ulec - proszę chociaż jej zapytać... jeśli powie nie, to nie będę wchodził - walczył i ojciec wszedł do sali, zamykając za sobą drzwi.
- proszę, możesz wejść, ale nie długo i zostaw otwarte drzwi - powiedział do Michała wychodząc z sali córki.
- dziękuję - odpowiedział i wszedł do Ani.
Ich rozmowa nie trwała długo, Ania nie wiedziała, czy ma dziękować mu za to, że ją uratował, czy wręcz przeciwnie. Była w sytuacji, z której nie widziała wyjścia. Nie chciała usuwać dziecka, bo to nie ono zawiniło, ale z drugiej strony nie wyobrażała sobie siebie w roli matki. Jedynym wyjściem było oddanie dziecka do adopcji. Ale czy będzie w stanie to zrobić? Czy nie obudzi się w niej instynkt macierzyński, który jej na to nie pozwoli? A co wtedy zrobi? Może jednak lepiej usunąć dziecko teraz, póki można...
odcinek 9 - szpital
No niestety.... wiem, że obiecałam nie robić takich przerw, ale nie udało się. Może teraz już nie będę nic obiecywać i przejdę do dalszych przygód Ani, a notki będą dodawane w miarę możliwości. Chyba, że wolicie zaczekać, aż sobie napisze wszystkie części, a przynajmniej ok. 30 i wtedy zamieszczę to na blogu. To może potrwać do wakacji, także piszcie w komentarzach jak wolicie. Opcja:1. dodawane na bieżąco, w dłuższych odstępach czasowych.
2. dodane w lipcu/sierpniu w krótkich odstępach czasowych.
A teraz już przechodzimy do kolejnego odcinka
____________________________________________________________________________________
- Panie doktorze, co z naszą córką? Gdzie ona jest? - pani Ela dobiegła do lekarza zaraz po wejściu na oddział.
- Chodzi o tą młodą dziewczynę, którą do nas przywieźli, Annę Kieszkowską?
- tak, to nasza córka. Co się z nią dzieje? - zapytał pan Tadeusz
- proszę za mną do pokoju lekarskiego, tam spokojnie porozmawiamy - powiedział i wskazał drogę do oddzielnego pomieszczenia - proszę usiąść - powiedział wchodząc do zielonego pomieszczenia i wskazał dwa krzesła, a sam usiadł na przeciwko nich za biurkiem zapełnionym papierami. - Państwa córka została dzisiaj przywieziona do nas w stanie nieprzytomnym. Na ciele ma ślady pobicia, nie wykluczamy wstrząsu mózgu. Po oględzinach Państwa córki nie wykluczamy również wykorzystania na tle seksualnym. Zostaną przeprowadzone szczegółowe badania, obejrzy ją ginekolog, neurolog, zapewne po odzyskaniu przytomności będzie również potrzebna pomoc psychologa.
- kiedy odzyska przytomność? - zapytał ojciec dziewczyny
- Tego jeszcze nie wiemy, może jeszcze dziś, a najpóźniej w ciągu kilku dni. Ale proszę być dobrej myśli, jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
- Co będzie jak odzyska przytomność? - dopytywała się matka
- Sądzę, że fizycznie szybko dojdzie do siebie - to młody organizm, gorzej będzie z psychiką. Jeśli okaże się, że została wykorzystana na tle seksualnym to może długo pozostać w jej pamięci. Nie obejdzie się bez pomocy psychologa, jak już wcześniej wspominałem. Myślę, że Państwo również powinni porozmawiać z psychologiem. W naszym szpitalu psycholog jest często. Proszę z nim porozmawiać. Teraz najważniejsze dla Państwa córki to poczucie bezpieczeństwa, musi wiedzieć i czuć, że ma w Państwu oparcie. To pomoże w leczeniu córki. O dalszym leczeniu będą Państwo systematycznie informowani. Proszę teraz być z córką, a jak odzyska przytomność to proszę nie wypytywać się co się stało z obawy przed zamknięciem się w sobie, psycholog z nią porozmawia i dowiemy się, co tak na prawdę się tam wydarzyło.
- dziękuje panie doktorze - pan Tadeusz uścisnął dłoń lekarzowi
- proszę być dobrej myśli - lekarz uśmiechnął się do rodziców dziewczynki. - Do widzenia.
- Do widzenia - odpowiedzieli rodzice i wyszli w kierunku sali Ani.
3 dni później
Minęły już dwa dni, a Ania nadal była nieprzytomna. Rodzice z niepokojem przesiadywali całymi dniami przy jej łóżku, na wypadek, gdyby się obudziła. Niestety ich córka nie odzyskiwała przytomności.
- Elu, chodź na dół do bufetu, zjemy jakiś obiad... długo nie jadłaś i nie spałaś, musisz być silna! - rzekł pan Tadeusz.
- nie Tadziu, Ty idź, a ja tu posiedzę - odpowiedziała nie odrywając wzroku od swojej córki.
- tak nie można! chodź, nic jej nie będzie przez tą chwilę, zresztą pielęgniarki tu są, ma dobrą opiekę - złapał żonę za rękę i wyprowadził z sali prosto do bufetu, gdzie zamówił dla nich obiad.
- Co teraz będzie? - zapytała kobieta
- Nie martw się... teraz będzie już tylko lepiej.
- przecież ona się nie pozbiera, nie zapomni o tym nigdy... - lamentowała
- Kochanie! Pomożemy jej, to nasza córka, uwierz... będzie dobrze, na prawdę! - pocieszał żonę trzymając ją za rękę.
- obiecujesz? - zapytała męża przez zaciśnięte gardło, jak małe dziecko...
- obiecuję - przyrzekł pan Tadeusz i mocno przytulił do siebie żonę, która się rozpłakała.
Po chwili, kiedy pani Ela się uspokoiła zjedli w ciszy obiad. Jakiś czas później poszli na oddział Ani. Zaraz po wejściu na oddział usłyszeli dobiegające z sali krzyki
- ZOSTAW MNIE!! ODEJDŹ, NIE DOTYKAJ, GDZIE JA JESTEM?!?!?! - histerycznie krzyczała Ania.
- Panie doktorze, szybko! - wołała pielęgniarka.
- Siostro proszę jej podać Relanium domięśniowo - rozkazał lekarz wbiegając do sali - Aniu spokojnie, jesteś w szpitalu, chcemy ci pomóc. Już nic ci nie grozi, jesteś bezpieczna - pomału starał się podejść do skulonej na łóżku Ani i przytrzymać ją. - połóż spokojnie rękę, pani da ci lek. - powiedział wyciągając do niej dłoń.
- ZOSTAW MNIE!!! NIE PODCHODŹ!!!!!!! - nadal krzyczała i płakała przeraźliwie nie pozwalając się dotknąć.
Rodzice słysząc te krzyki szybko przebiegli przez oddział i wbiegli do sali swojej córki mocno ją przytulając.
- córeczko spokojnie... już po wszystkim... nic ci tu nie grozi, jesteśmy z tobą kochanie - przytulała ją mocno mama, płacząc razem z nią.
- kochanie jesteś w szpitalu, pan doktor chce ci pomóc, daj rękę... - powiedział spokojnie tata przytrzymując jej rękę, w czasie gdy siostra wstrzykiwała lek.
- mmmamo... ja nie chciałam - płakała wtulona do mamy Ania - to onn... jjja..
- nie myśl teraz o tym Kotku - przytuliła ją jeszcze mocniej mama i położyła na łóżku - już po wszystkim, teraz będzie tylko lepiej.
Po chwili lek zaczął działać, Ania uspokoiła się i zasnęła, trzymając mamę za rękę. Lekarz wyszedł razem z ojcem dziewczynki na korytarz.
- Panie doktorze czy ona... to normalne zachowanie? - zapytał zaniepokojony stanem psychicznym córki ojciec.
- Tak i niestety to nie koniec, teraz dostała leki uspokajające i przez jakiś czas będzie je musiała dostawać. Jak już mówiłem nie obejdzie się bez pomocy i terapii psychologa. Czeka ją trudny okres. Jak się obudzi to przeprowadzimy resztę badań. Proszę być teraz z córką, a jutro rano proszę, aby przyszli państwo do mojego gabinetu, będziemy mieli już wyniki badań.
- dziękuję panie doktorze - uścisnął dłoń lekarzowi i wrócił do sali.
__________________________________________________________________________________
ten odcinek zaczęłam pisać 13 kwietnia, niestety dopiero dziś skończyłam i biorę się od razu za następny. Już nie obiecuję kiedy kolejne odcinki, bo nie wiem, będę się starała jak najszybciej. Opowiadanie przewiduje na ok. 40 odcinków, może więcej... może mniej... zobaczymy jak to wyjdzie. W szkole już po testach, więcej luzu, więc mogę bardziej się przyłożyć do bloga :) Pozdrawiam wszystkich wiernych czytelników i dziękuję za miłe komentarze.
odcinek 8 - Sen...
Witam serdecznie!Po pierwsze bardzo przepraszam, że tak długo nie było nowego odcinka, ale miałam troszkę problemów prywatnych i nie miałam chwilowo głowy do pisania. Mam nadzieję, że mi wybaczycie tą dłuższą przerwę. Postaram się już dodawać odcinki regularnie, nie utrzymując dłuższych przerw niż 7 dni. A dzisiejszą notkę dedykuję Malwinie, Darii i Ya - autorom maili i komentarzy :) Zapraszam do czytania i komentowania :)
_________________________________________________________________________________
- jest pani gotowa? - zapytał mroźnym głosem mężczyzna
- t-t-tak - wyszeptała pani Ela wpatrując się w przykryte ciało.
Mężczyzna odsłonił podrapaną twarz dziewczyny. Pani Ela modląc się w duchu, żeby to nie była Ania podniosła wzrok na ciało dziewczyny.
- to nie moja córka - powiedziała jednym tchem, odwróciła się i wyszła na korytarz, gdzie dostała szklankę wody.
Było jej słabo. Po jej policzkach spłynęły łzy. Zdała sobie sprawę, że jej córkę mogło spotkać to samo. Współczuła rodzicom tej dziewczynki. Cieszyła się że to nie Ania, ale zarazem była pogrążona w smutku, bo nadal nie odnaleziono jej córki. Po tym, co zobaczyła w tym zimnym pomieszczeniu, doszła do wniosku, że gdyby miała wybierać pomiędzy odnalezieniem córki martwej, a nie odnalezieniem córki, wolałaby nie znaleźć Ani. Wtedy miałaby nadzieję, że Ania gdzieś jest cała i zdrowa. Ale i to nie byłoby dobre postąpienie... przecież gdzieś tam mogło zostać nieodnalezione ciało. Coraz częściej Pani Ela myślała o Ani, jakby jej już miała nie odnaleźć... a im bardziej starała się odrzucać te myśli, tym bardziej one wracały ze zdwojoną siłą.
Wróciwszy do domu, Pani Ela zastała pod drzwiami kilka listów i rachunków.
- ehh... nigdy nie mogą zadzwonić i zostawić ich w domu - westchnęła pod nosem i weszła do domu. Do domu, w którym była cisza i pustka. Do domu, do którego nie chce się wracać. Gdzie każdy kąt przypomina o Ani, w każdym kącie słychać było jej śmiech. Dwa głosy nie dawały Pani Eli spokoju, jeden ciągle powtarzał "jej już nie ma... nie wróci, przyzwyczaj się", zaś drugi "nie trać nadziei, to dopiero trzeci dzień, na pewno nic się jej nie stało". Ta burza myśli doprowadziła mamę Ani do snu. Racja... nie spała od piątku.
- czego jeszcze chcesz?! wypuść mnie! nie wystarczy ci już ?! - wykrzykiwała dziewczyna
- nie Misiaczku, i nie krzycz mi tu, bo szkoda twojego pięknego głosu - powiedział bardzo młody mężczyzna podnosząc palcem brodę dziewczyny do góry.
- wypuść mnie! - powiedziała, kiedy ich spojrzenia mimo wszystko się spotkały. niestety on pokręcił przecząco głową - to chociaż odwiąż mnie - poprosiła patrząc na siniaki na rękach
- hmm... - zastanawiał się - mogę ci odwiązać nóżki Maleńka... tak będzie nam wygodniej - uśmiechnął się podejrzanie i podszedł bliżej łóżka.
- jak to wygodniej?! wypuść mnie!! - zaczęła krzyczeć
- i tak cię nikt nie usłyszy - syknął zakrywając jej dłonią usta, a następnie zerwał jej bluzkę i resztę ubrania...
- ratunku! ludzie ja żyje!! szukajcie mnie! pomocyyy!! zostaw! zostaw! nie! - krzyczała, kopała się i płakała. jednak on nie uległ... żeby ją uciszyć uderzył ją w głowę, wtedy straciła przytomność.
Panią Elę obudził telefon. Cała zgrzana pobiegła do niego i podniosła słuchawkę.
- ssłucham? - zapytała dysząc
- Ela i jak wiadomo już coś? - zapytała chrzestna dziewczynki
- a to ty... - odpowiedziała ze zgaszoną nadzieją - nie nic nie wiadomo jeszcze.
- może ja do Ciebie przyjadę?
- dziękuję, ale na razie nie trzeba, jakby się coś działo to zadzwonię... - odpowiedziała matka dziewczyny, która teraz chciała być sama - (...) no to cześć, dzięki.
Wstrząśnięta swoim snem pani Ela chodziła z kąta w kąt rozglądając się po ścianach. Nie mogła sobie znaleźć miejsca w pustym domu.
***
- dobra Malutki widzimy się o dziewiątej przy garażach, pasi? - zapytał się kolega kolegi.
- spoko - odpowiedział ciemnowłosy chłopak, nazwany "Malutki", w szerokich spodniach, na oko wyglądał na jakieś 17 lat.
- tylko nie wykręć żadnego numeru - ostrzegł go drugi chłopak rzucając na ziemie wypalonego papierosa.
- jasne stary, spox
- to zawijamy, nara
- no nara - pożegnali się i poszli każdy w innym kierunku.
Malutki poszedł w kierunku centrum miasta. Wychodząc z bocznej uliczki zauważył ciemną postać leżącą w starej, opuszczonej kamienicy. "Dziwne... nigdy ta klatka nie była otwarta" - pomyślał. Postanowił sprawdzić kto tam leży.
- halo... obudź się... słyszysz mnie? - klepał nerwowo leżącą dziewczynę po policzkach, ale ta ani drgnęła. - kur*a, że też zawsze ja muszę trafiać na takie "przygody" - powiedział pod nosem, lekko przestraszony Malutki i szybko wyciągnął komórkę.
- Dzień dobry, proszę karetkę na Nowackiego 13, na klatce schodowej leży młoda, nieprzytomna dziewczyna - powiedział do słuchawki
- A co się stało i jak długo leży nieprzytomna? - zapytała kobieta
- skąd mam wiedzieć?! chyba jest pobita. dopiero ją zauważyłem i proszę o karetkę! - powiedział lekko zirytowany chłopak.
- już wysyłam, proszę czekać.
Po 10 minutach karetka przyjechała na miejsce, a wraz z nią policja, która rozpoznała w nieprzytomnej dziewczynie zaginioną Anię. Po krótkiej chwili Anię zabrano do szpitala. Na miejsce dojechało dwóch komisarzy.
- co się stało? - zapytał komisarz policjanta
- no Jarek... to ta wasza zaginiona - powiedział - tam stoi młody chłopak, który ją znalazł, a nieprzytomną Anię zabrało pogotowie.
- dzięki Stary, idę z nim pogadać - uścisnął dłoń policjantowi i ruszył w kierunku Malutkiego.
Po kilkunastu minutach rozmowy, komisarze odjechali z miejsca zdarzenia.
***
- Kochanie, zrobię ci kawę, chcesz? - zapytał zatroskany pan Tadeusz żony.
- możesz zrobić - odpowiedziała obojętnym tonem, w tym samym czasie zadzwonił dzwonek do drzwi.
- ja otworzę - powiedział pan Tadeusz
- nie, nie ja otworzę, a ty zrób kawę - odpowiedziała żona.
- oo to panowie... proszę, proszę wejść - pani Ela wpuściła komisarzy do domu. Słysząc w oddali głosy policjantów przyszedł również pan Tadeusz.
- czy już coś wiadomo? - zapytała mama Ani czując, że jej oczy napełniają się łzami.
- tak - zaczął Jarek - państwa córka odnalazła się, została przewieziona nieprzytomna do szpitala, ale żyje - powiedział z uśmiechem komisarz
- czy wiadomo, co się stało? - zapytał pan Tadeusz widząc, że żona jest w chwilowym szoku i nie może wydobyć z siebie głosu.
- na razie wiemy tylko tyle, że została pobita. niestety nic więcej nie wiemy, trzeba czekać na opinię lekarzy. Będziemy dalej prowadzili śledztwo, żeby dotrzeć do sprawcy - wytłumaczył młodszy policjant
- dziękujemy panom bardzo - powiedział pan Tadeusz i uścisnął im dłoń.
Policjanci wyszli, a rodzice ubrali się i pojechali szybko do szpitala.
odcinek 7 - policja
Przez całą noc Ania nie odezwała się. Ojciec wraz z wujkami i kolegami przeszukali całą okolicę, ale nie było po niej śladu. W tym samym czasie Magda i mama Ani niecierpliwie wpatrywały się telefon, czekając na jakąkolwiek wiadomość. Magda nie mogła sobie wybaczyć tego, że pozwoliła iść jej samej, kiedy było już tak ciemno. Jako przyjaciółka powinna zrezygnować z dalszej zabawy i wrócić z nią do domu... ale ona postąpiła inaczej, a teraz zamiast opowiadać sobie nawzajem śmieszne historyjki... siedzi i obwinia się za zaginięcie przyjaciółki. Ciszę w pokoju przerwał dźwięk dzwoniącego telefonu. Pani Ela szybko podbiegła do telefonu z nadzieją w oczach na dobrą wiadomość od córki.- Ania? - zapytała szybko
- nie kochanie, to ja - odpowiedział pan Tadeusz - chciałem się upewnić czy masz jakieś wiadomości
- nie mam nic - rozpłakała się kobieta - a wy?
- nie ma ani śladu - powiedział smutnym głosem - połóżcie się spać, już jest bardzo późno, a jutro musimy być na nogach i dalej szukać.
- i tak nie zasnę... - powiedziała smutno i się rozłączyła.
Mijały kolejne minuty... godziny... bez żadnej wiadomości. Magda również nie spała, wpadła na pewien pomysł.
- Pani Elu - zaczęła - czy może mi pani dać zdjęcie Ani?
- po co ci dziecko? - zapytała
- zrobię ulotki... zeskanuję zdjęcie i wydrukujemy, a rano rozwiesimy z dziewczynami i z chłopakami w mieście.
Magda szybko wzięła się do pracy. Następnego dnia rano, kiedy nadal nie było śladu po Ani, a rodzice byli na komendzie Magda wraz z przyjaciółmi rozwieszali ulotki na słupach, lampach i tablicach. Nawet, w niektórych witrynach sklepowych w centrum pojawiały się informacje o zaginięciu.
ANNA KIESZKOWSKA
LAT 15.
OSTATNIO WIDZIANA 20.01.2006r.
W OKOLICY UL. ORZECHOWEJ w CIECHOCINKU
RYSOPIS:długie blond włosy
WZROST: 165 cm
KOLOR OCZU: szary
ZNAKI SZCZEGÓLNE: brak
UBRANA W KRÓTKĄ, BIAŁĄ KURTKĘ,
CZARNY SZAL,
CIEMNE SPODNIE TYPU JEANS.
WSZYSTKICH, KTÓRZY WIDZIELI NASZĄ CÓRKĘ,
LUB WIEDZĄ, GDZIE ONA TERAZ MOŻE BYĆ
PROSIMY O KONTAKT I POMOC W ODNALEZIENIU.
KONTAKT:
0604786245
0661897152
LUB
Z POLICJĄ"
Tymczasem na komendzie rodzicom udało się zgłosić zaginięcie córki. Policja dostała zdjęcia Ani oraz szczegółowy opis. Niemal natychmiast rozpoczęły się poszukiwania. Mimo to śladu po Ani nie było. Coraz częściej pojawiała się hipoteza ucieczki, którą rodzina oraz wszyscy znajomi odrzucali.
Następnego dnia
- Jarek jest zgłoszenie - powiedział do kolegi młody policjant.
- Gdzie i do czego? - zapytał Jarek
- Znaleziono martwą nastolatkę w lesie na zachodzie. Musimy to sprawdzić - to może być nasza poszukiwana - wytłumaczył i razem pojechali na miejsce zdarzenia.
- Co tu mamy? - zapytali po dotarciu na miejsce
- młoda nastolatka, bez dokumentów, nie wiemy kim jest. Ma wyraźne ślady pobicia i zadrapania. Widać, że się broniła - tłumaczył technik
- kiedy zmarła?
- dziś w nocy - usłyszeli odpowiedź i podeszli porównać zwłoki ze zdjęciem.
godzinę później
- ja otworzę - dobiegł głos pani Eli z drugiego pokoju na dźwięk dzwonka do drzwi. - proszę niech panowie wejdą - powiedziała wpuszczając komisarzy - Tadek to panowie z policji - zawołała męża, który natychmiast podszedł.
- czy coś już wiadomo? - zapytali zgodnie rodzice.
- tak... ale nie mamy pewności - zaczął jeden z komisarzy
- niech pan mówi, gdzie ona jest? czy jest cała i zdrowa? - zaczęła dopytywać się pani Ela z narastającą radością w głosie
- mieliśmy dziś rano zgłoszenie - starał się dokończyć mówić
- muszą państwo jechać zidentyfikować zwłoki, gdyż nie mamy pewności, czy to państwa córka. Nie miała przy sobie żadnych dokumentów - dokończył za kolegę Jarek.
odcinek 6 - szok
Witam!Oczywiście kolejne notki będą się pojawiały, gdyż opowiadnie dopiero ruszyło. Odcinki 1-5 zostały przeniesione z poprzedniego bloga, dlatego były dodane jednego dnia :) Niestety kolejne odcinki będą się pojawiały w większych odstępach czasowych. Jeśli również piszecie opowiadania zachęcam do wymiany linkami :) Piszcie o tym w komentarzach. Tymczasem kilka najbliższych odcinków zmieni się pod względem perspektywy. Poprzednie odcinki były opowieścią głównej bohaterki, a najbliższe będą przedstawione z perspektywy innych ludzi. To by było na tyle ze spraw organizacyjnych, więc zapraszam na odcinek 6 :)
____________________________________________________________________________________
- Tak? - odezwał się miły głos kobiety w domofonie
- Dobry wieczór, my przyszłyśmy do Ani - powiedziała Magda
- Jak to? - zapytała mama - Madziu to Ania nie jest z wami?
- a nie wróciła jeszcze do domu? - spytały z lekkim niepokojem dziewczyny - może nas pani wpuścić?
- oczywiście, chodźcie szybciutko na górę! - powiedziała zaniepokojona mama Ani otwierając drzwi
Przyjaciółki szybko wbiegły na trzecie piętro, gdzie w drzwiach wejściowych stała przerażona kobieta w fartuszku. Była w podeszłym wieku, zniszczonymi od pracy dłońmi odarniała nerwowo czarne, krótkie włosy spadające jej na twarz.
- Dziewczynki rozbierajcie się szybciutko! Gdzie jest Ania? Dlaczego nie jest z Wami? Co się stało? Przecież miałyście być razem! Czy ona kogoś poznała? Co się stało dziewczynki?! - zadawała chwiejącym się głosem pytania, mówiąc 100 słów na minutę.
- proszę pani... spokonie - uspokajała ją Magda - napewno nic jej się nie stało i zaraz wróci do domu. Musiało ją coś pewnie zatrzymać po drodze... zaraz wszystko pani opowiem, tylko niech już się pani tak nie denerwuje.
- tak... tak Madziu, chodźcie i usiądźcie w pokoju, już robię wam herbatkę i opowiecie mi wszystko ze szczegółami
Dziewczyny weszły do dużego pokoju i usiadły w fotelach. Każda z nich zastanawiała się, gdzie jest teraz Ania i co tak naprawdę się stało. Magda bała się o nią, ale wolała tego nie okazywać przy rodzicach przyjaciółki, a szczególnie przy mamie. Wiedziała, że przyjaciółka nie zrobi nic glupiego, więc bylo oczywiste, że musiało się coś stać... szybko jednak odrzuciła te myśli, gdyż usłyszała odgłos stukających o talerzyki filiżanek z herbatą.
- ja to wezmę - powiedziała zabierając z rąk kobiety talerzyki, na których były mokre ślady herbaty - niech pani usiądzie.
- dziękuję Madziu... - powiedziała - a teraz proszę... powiedz mi wszystko.... pokolei - mówiła z częstymi przerwami na oddech.
- No więc tak - zaczęła Magda - byłyśmy razem na dyskotece, tak jak się umawialiśmy. jakąś godzinę temu Ania powiedziała, że musi iść... i że po dyskotece będzie czekała na nas w domu... że wszystko w między czasie przygotuje, i że mamy przyjść tak jak się umawiałyśmy...
- mówiła gdzie idzie? - dopytywała się kobieta
- nie mogę sobie przypomnieć - powiedziała smutnym głosem Magda - było głośno... nie słyszałam wszystkiego... myślałam, że to pani kazała jej szybciej wrócić. Powiedziała tylko, że wyjaśni mi jak będziemy w domu.
- puściłyście ją tak samą?
- nie przyszło mi to do głowy... przepraszam. Ona tak szybko zniknęła... dziewczyny nawet nie wiedziały, że poszła. - odpowiedziała błagalnym tonem spuszczając głowę.
W pokoju nastała cisza... Kobieta niespokojnie krążyła od okna do okna, trzymając w ręku komórkę, w nadziei, że za chwilę zadzwoni jej córka.
- Halo? T..t..tadeusz... Ania zaginęła... - rozpłakała się do telefonu mama Ani
- Co?! Jak to zaginęła?! - zapytał z niedowierzaniem ojciec Ani
- Nie wróciła z dyskoteki... wyszła z niej już ponad godzinę temu - mówiła przez łzy - dziewczynki przyszły, a Ani nie ma.
- Gdzie jesteście?
- w domu... nie wiem, co mam teraz robić... czy iść i jej szukać, czy czekać tu na wypadek, gdyby wróciła?!
- obdzwoń wszystkich znajomych... dziewczynki napewno mają numery. I czekaj w domu, ja zaraz będę, tylko wezmę podmianę! Jak tylko będzie coś wiadomo to dzwoń! - rozkazał pan Tadeusz
- dobrze - powiedziała i rozłączyła się, żeby nie zajmować linii na wypadek, gdyby Ania zadzwoniła.
- Dziewczynki podajcie mi szybko numery waszych wszystkich znajomych! - zwróciła się do przyjaciółek córki
Dziewczyny od razu zareagowały i zaczęły podawać po kolei kilkanaście numerów. Niestety nikt nie widział Ani. Magda kilkakrotnie próbowała się dodzwonić do Ani, ale za każdym razem słyszała w słuchawce głos młodej kobiety, który mówił, iż abonent jest tymczasowo niedostępny. Owa kobieta miłym głosem prosiła spróbować później, ale ta głupia sekretarka nie ma rozumu i nie zdaje sobie sprawy, że później może być za późno! Po godzinie w domu rozległ się zgrzyt przekręcających się w drzwiach kluczy... Wszystkie naraz zerwały się z foteli i pobiegły do przedpokoju. W drzwiach jednak zamiast Ani pojawił się jej tata. Kobieta od razu rzuciła się na szyję mężowi i rozpłakała. "Spokojnie" uspokajał ją mąż głaszcząc po włosach i mocno przytulając. Dziewczynki wróciły do pokoju.
- Dziewczyny - Magda zwróciła się do koleżanek - idźcie lepiej do domu, bo na nic tu siedzieć... i tak nic nie zrobimy teraz, a może przyjdzie do którejś z was.
- a ty? - zapytały
- ja zostanę z jej rodzicami. nie mogą być teraz sami. - powiedziała spoglądając na smutnych rodziców przyjaciółki
- zostaniemy z tobą - zaprotestowały
- nie - stwierdziła Magda - idźcie do domu, a ja jak coś będę wiedziała to się odezwę.
Niestety przez kolejną godzinę Ania nie pojawiła się w domu. Dochodziła północ... na dworze było bardzo zimno... termometr wskazywał -13*... wiało... śnieg zacinał z każdej strony. Rodzice zaczęli przeszukiwać zdjęcia w poszukiwaniu najodpowiedniejszego, spisali na kartce wszystkie szczegóły... w co była ubrana, jak się zachowywała, kiedy ostatnio była widziana. Magdę poprosili, żeby została w domu na wypadek, gdyby ich córka wróciła, a sami pojechali na policję.
- słucham? - zapytał leniwie komisarz na komendzie
- chcieliśmy zgłosić zaginięcie córki - zaczęli rodzice
- ile lat ma córka? - zapytał komisarz i zaczął notować
- 15 - odpowiedział ojciec dziewczyny, na co na twarzy komisarza pojawił się lekki grymas
- kiedy była ostatni raz widziana?
- ponad 4 godziny temu, nie wróciła z dyskoteki, chociaż wyszła 40 minut przed jej końcem - zaczęła opowiadać mama.
- to są jakieś żarty? - komisarz zaczął się śmiać. - Wy mi tu przychodzicie, bo wasza piętnastoletnia córka nie wróciła z dyskoteki i zgłaszacie zaginięcie? Proszę państwa radziłbym wracać do domu i położyć się spać. Zapewne córka wróci rano i przeprosi, że została dłużej na imprezie u znajomych. A jeśli zechcecie zgłosić prawdziwe zaginięcie to proszę przyjść.... - spojrzał na zegarek - za 43 godziny. Teraz nie będę marnował wkładu w długopisie. Dobranoc - uśmiechnął się do zaskoczonych rodziców.
Rodzice zaczęli wykłócać się z komisarzem, ale zauważyli, że to na marne. Postanowili zgłosić na niego skargę, a tymczasem wrócić do domu.
Odcinek 5 - Kiedy wszystko się zaczęło...
20 stycznia 2006 r.Zapowiadał się ciekawy dzień... Piątek, weekend, dyskoteka... potem impreza u mnie. No może nie taka znowu wielka impreza bo zaledwie 5 osób, ale jak to mówiła moja babcia: "Nie ważne co się przeżyje, a z kim się przeżyje". Także postanowiłyśmy sobie przedłużyć dyskotekę i posiedzieć wieczorem u mnie. Poza tym zbliżały się moje 15 urodziny. I miałyśmy okazję uczcić je dwa dni wcześniej :) Po południu wybrałyśmy się wszystkie razem do szkoły. - heh nie mam siły - dyszała Magda opierając się na ladzie.
- wytańczone? - zaśmiała się pytająco pani ze sklepiku
- taaak - odpowiedziałyśmy zgodnie
- no to odpocząć i dalej się bawić - uśmiechnęła się do nas miło kobieta
"Pani Sklepikowa" zawsze była dla nas uprzejma. Często się z nami śmiała na przerwach sprzedając dzieciom i młodzieży różne smaczne rzeczy, a my przychodziłyśmy do sklepiku jedynie na ploteczki z Panią :) Chwilę porozmawiałyśmy i do sklepiku wszedł Norbert. Spojrzał się na nas tak trochę dziwnie, aż przeszedł mnie dreszczyk. Skinięciem głowy wskazałam Magdzie korytarz i poszłyśmy dalej tańczyć. W głośnikach zabrzmiała wolna , romantyczna nuta, na której postanowiłyśmy odpocząć na parapetach.
- a może idziemy do sklepiku? - zapytała Magda
- nie chce mi się chodzić :D nogi mnie bolą :P - odpowiedziałam zgodnie z prawdą
- ok to siedzimy tu - uśmiechnęła się
Odwróciłam się w jej kierunku i zaczęłyśmy rozmawiać. Nagle ktoś mnie pociągnął za rękę, odwróciłam się i zobaczyłam Norberta. Nadal miał ten dziwny wzrok.
- Zatańczysz? - zapytał
- Nie, sorki nie chce mi się tańczyć - odpowiedziałam trochę kłamiąc. Tak naprawdę to chciałam zatańczyć, ale nie z nim. Nie wiem czego, ale trochę się bałam jego dzisiejszego wzroku... takiego mroźnego, przeszywającego. Odszedł ode mnie nieprzekonany moją wymówką.
Po kilku piosenkach znów była spokojna. Korytarz wypełnił się wtulonymi w siebie parami, a do mnie znowu przyszedł Norbert.
- Zatańczysz? - zapytał beznamiętnym tonem
- Nie dzięki, zmęczona jestem - powiedziałam i poszedł
Za chwilę przyszedł do mnie jakiś nieznajomy chłopak i również poprosił mnie do tańca. Sama się sobie zdziwiłam, ale się zgodziłam. Tańczyło się super. Chłopak umiał dobrze prowadzić. Po tej wolnej poszłam do łazienki. Po drodze natknęłam się na Norberta. Podszedł do mnie i złapał mnie za ramie.
- Ponoć byłaś zmęczona - syknął zaciskając mocniej rękę na moim ramieniu.
- Bo byłam - odpowiedziałam lekko przestraszona
- Jakoś Ci nie wierze - znowu tak dziwnie się spojrzał
- Nie musisz, nie mam obowiązku z Tobą tańczyć - powiedziałam chamsko
- Mała, czekaj na mnie po dyskotece pod szkołą! - zacisnął jeszcze mocniej rękę
- NIE! - krzyknęłam i wyrwałam mu się. pobiegłam do łazienki. Spojrzałam na swoją rękę i zauważyłam mocne zaczerwienienie. Odnalazłam w tłumie Magdę i powiedziałam jej, że idę szybciej do domu, bo musze coś załatwić i że czekam na nie po dyskotece u mnie.
- coś się stało? - zapytała troskliwie
- nie... nic - odpowiedziałam
Chyba mi nie uwierzyła, ale więcej się nie dopytywała. Ubrałam się szybko i wyszłam ze szkoły z nadzieją, że Norbert mnie nie zauważył. Denerwował mnie już ten chłopak... Na dworzu było już bardzo ciemno. Jedynym oświetleniem były uliczne latarnie, które co kawałek migały. Szłam szybkim krokiem. Byłam jakieś 200 m od domu, kiedy na ulicy zgasły wszystkie światła. Bardzo się przestraszyłam. Nagle w okół mnie było ciemno i nie było nikogo... a przynajmniej tak mi się zdawało, bo nagle poczułam czyjąś rękę na sobie. Krzyknęłam z przerażenia. Odwróciłam się i zobaczyłam ciemne kontury mężczyzny. Owa osoba zapaliła latarkę kierując jej światło na swoją twarz.
- To t-ty - powiedziałam przestraszona widząc wykrzywioną w uśmiechu twarz Norberta - czego chcesz?
- hehe Maleńka, nie tak ostro - zadrwił i zacisnął dłoń na mojej ręce
- zostaw mnie... zostaw bo będę krzyczeć - zagroziłam
- nie radzę - powiedział i w jego dłoni zabłysnął nóż...
odcinek 4 - Nieznajomy
15 miesięcy później
- brrr ale zimno - powiedziałam rozcierając ręce w drodze do szkoły.
- mi też! jest jakieś -20 stopni, a nam każą chodzić do szkoły - odezwała się Julka
- masakra! - powiedziałyśmy w tym samym czasie i zaczęłyśmy się śmiać.
Po10 minutach znalazłyśmy się w ciepłym budynku. Koło tablicy informacyjnej stał mały tłum. Podeszłyśmy sprawdzić, o co chodzi i zobaczyłyśmy duży plakat:
"UWAGA!
W piątek (20.01.06r.)
odbędzie się
DYSKOTEKA!
Wstęp: 2zł
Obowiązkowo:
*legitymacja
*identyfikator
*zgoda wychowawcy
W trakcie dyskoteki będą zbierane Walentynki.
SU "
- Idziemy, nie? - podbiegła do nas Magda z dziewczynami
-jasne - odpowiedziałam nie skupiając się na pytaniu. Bardziej zastanawiało mnie dlaczego Norbert znów mi się przygląda. Myślałam, że w ciągu roku dał sobie spokój.
- ...hahaha no pewnie, a potem w brech.... Anka a może zrobimy sobie po tej dyskotece małą imprezkę? Tak na rozpoczęcie ferii. Co ty na to...? ANKAA!!! - szturchnęła mnie Magda
- yy co? - ocknęłam się z rozmyślań
- co Ci jest?! słuchasz mnie w ogóle?!
- sorki zamyśliłam się, co mówiłaś?
-mam nadzieje, że o jakimś przystojniaku - zaśmiała się - mówiłam, że mogłybyśmy zrobić sobie jakiś wieczorek po dyskotece. Jak sądzisz?
- spoko, mi pasuje - powiedziałam i przytuliłam ją na pożegnanie.
Lekcje mijały dość szybko. Po kilku godzinach znalazłam się w drodze do domu. Idąc przez centrum zauważyłam stojącego koło mojej klatki Norberta. Skręciłam w kierunku sklepu odzieżowego i postanowiłam nie iść na razie do domu. Cały dzień zastanawiało mnie, co znowu chce ode mnie ten chłopak. Po 15 minutach spędzonych w sklepie zauważyłam, że Norbert nie daje za wygraną. Poszłam więc do Primavery. Usiadłam tym razem sama przy stoliku pod oknem. Po chwili podeszła do mnie kelnerka
- podać coś? - zapytała
- tak, poproszę wodę z cytryną - odpowiedziałam
- gazowaną czy nie gazowaną?
- nie gazowaną - powiedziałam i kelnerka odeszła
Zostałam sama. Wpatrywałam się w ludzi chodzących na dworze. Myślałam...myślałam o rzeczach smutnych... najwięcej o samotności. Po kilkunastu minutach podszedł do mnie jakiś chłopak. Był starszy ode mnie.
- Przepraszam, czy czeka Pani na kogoś? - zapytał nieznajomy.
- nie, nie czekam - odpowiedziałam powoli
- Czy mogę się dosiąść?
- proszę - powiedziałam wskazując na krzesło stojące naprzeciw mnie. Dziwiłam się dlaczego dosiadł się do mnie, jeśli jest jeszcze dużo wolnych stolików.
- Czy mogę Pani jakoś pomóc? - zapytał
- nie sądzę - odpowiedziałam starając się, żeby zabrzmiało grzecznie
- w takim razie proponuję milczenie w towarzystwie ze szklanką wody - powiedział nie zniechęcony i zamówił sobie wodę.
Siedzieliśmy razem i wpatrywaliśmy się w ludzi za oknem. Po jednej stronie stała starsza, smutna kobieta, która wyglądała na samotną. Z drugiej strony stała młoda para, która nie mogła oderwać od siebie wzroku. Gdzieś tam szło stare małżeństwo, a dalej młoda kobieta z ciężkimi zakupami i dwójką płaczących dzieci... Życie... każdy ma inne, swoje... niektórzy radosne, inni smutne, ale swoje. Po jakimś czasie spojrzałam się na swojego towarzysza, a on na mnie. W jego oczach... panował entuzjazm. Ten entuzjazm spowodował, że się roześmiałam.
- I o to chodziło - powiedział nagle nieznajomy
- o to żebym się roześmiała? - zapytałam
- tak - odpowiedział z uśmiechem - wiedziałem, że chwila milczenia w towarzystwie pomoże.
- a jeśli to nie milczenie a Twoje oczy były powodem mojego śmiechu?
- nie wiedziałem, że moje oczy są aż takie śmieszne - stwierdził śmiejąc się
- nie, nie.. źle mnie zrozumiałeś - roześmiałam się - one po prostu mają w sobie coś.. coś takiego, czego nie ma każdy. Są wypełnione optymizmem i entuzjazmem. Jak na nie spojrzałam, to ciężko było mi powstrzymać śmiech. To nie był śmiech kpiący, czy drwiący, ale to był śmiech taki... taki, którego już dawno nie doznałam. To był śmiech radosny. - rozgadałam się
- cieszę się - powiedział - naprawdę się cieszę, że tym razem ja mogłem pomóc. A co do oczu, to każdy ma w sobie entuzjazm i optymizm, tylko mało osób o tym wie i umie to wykorzystać. Kiedyś też byłem w podobnej sytuacji, jak Ty teraz.
- nie możliwe - powiedziałam - przecież Ty bijesz optymizmem
- heh - roześmiał się- teraz tak, zgodzę się z Tobą, ale kiedyś było całkowicie inaczej. Pomogła mi nieznajoma dziewczyna. a wiesz jak?
- jak? - zapytałam
- Pewnego dnia dosiadła się do mnie w parku na moście. - odpowiedział - Bez słowa wpatrywała się ze mną w obijającą się o most wodę. Po jakimś czasie roześmiałem się dokładnie tak jak Ty.
- Na długo pomogło? - zapytałam
- Do tej pory... - odpowiedział - za każdym razem jak zrobi mi się smutno przypomina mi się tamta dziewczyna i przechodzi.
- Myślisz, że i mi pomoże? - zapytałam
- mam nadzieję, że tak - opowiedział z uśmiechem - Często tu przychodzisz?
- tak - powiedziałam i rozejrzałam się w około - to moje ulubione miejsce. Mogę godzinami przesiadywać i wpatrywać się w spacerujących ludzi. - mówiłam wpatrując się w okno - Atmosfera panująca tutaj pozwala mi spokojnie myśleć - powiedziałam i spojrzałam się na krzesło, na którym siedział nieznajomy. Było puste!
Rozejrzałam się wokół, ale nie było po nim śladu. Nie było kurtki, ani śladów po butach, krzesło było zasunięte, a wpatrując się w okno nie widziałam wychodzącego nieznajomego. Czy to wszystko mi się wydawało? Gdzie on się podział? Dlaczego nic nie powiedział? Nie pożegnał się?
- Na pewno to wszystko działo się w mojej głowie - pomyślałam.
Wstając od stolika zauważyłam napis na serwetce:
"Nie smuć się już, a jak Ci będzie smutno to przypomnij sobie dzisiejsze spotkanie lub przeczytaj to co właśnie piszę na serwetce. Nie rozmyślaj o tym, co było... żyj tym, co będzie. Dziękuję, że mogłem pomóc"
odcinek 3 - Dyskoteka
- ok Jula, za 20 min będę u Ciebie - kończyłam rozmowę przez telefon
- dobra czekam, weź dla mnie tą bluzkę i nie zapomnij dokumentów
- hmm... a co trzeba?
- zgodę wychowawcy, legitkę i identyfikator - przypomniała mi Julia
- oki już pamiętam. to zaraz będę. buźka
- nom czekam, pa - rozłączyłyśmy się.
Szybko się przebrałam, pomalowałam oczy, przejechałam błyszczykiem po ustach i już byłam gotowa.
- Mamo będę wieczorem... -powiedziałam ubierając buty
- O której? I gdzie idziesz? - dopytywała się mama
- Nie wiem, wrócę koło dziesiątej, idę na dyskotekę.
- ohh dobrze, papa
- nom pa mamo - powiedziałam i wyszłam.
Do dyskoteki było jeszcze trochę czasu. Spokojnie przeszłam przez miasto w kierunku Julki. Po 30 min poszłyśmy do szkoły. Przed wejściem był tłum. Po jakimś czasie udało nam się przedostać do środka. Na początku było jak zwykle trochę drętwo, ale po kilkunastu minutach było już wiele tańczących. Poszłyśmy z Julią, Magdą i resztą dziewczyn w głąb tłumu. Wszystko było świetnie do czasu... podczas tańca wpadliśmy na siebie z Marcinem.
- Cześć Ania - uśmiechnął się do mnie
- Cześć - odwzajemniłam uśmiech
- Dobrze się bawisz?
- Tak, dziękuję. A Ty?
- Fajnie - powiedział i znów zapadła między nami cisza.
Odwróciłam się i dalej zaczęłam tańczyć z dziewczynami. Po paru minutach doszli do nas chłopacy. Częściowo niektórych znałam, ale paru chłopaków było mi całkowicie obcych.
Fajnie się bawiliśmy, ale czułam na sobie wzrok Marcina i jednego z nieznanych chłopaków, którzy się do nas dołączyli.
- Anka ten kolo się cały czas gapi na Ciebie - szepnęła mi na ucho Jula
- Wiem właśnie... znasz go?
- Nie, czekaj zapytam Mateusza może on wie kto to jest.
Mateusz to chłopak Julki. Jesteśmy razem w klasie. Niestety w ich związku jakoś się nie układało. Julka miała zamiar z nim zerwać, tylko nie wiedziała jak...
- Mateusz kim jest ten chłopak co tańczy koło Krzyśka? - zapytała się Jula
- Ten w czarnej koszulce?
- Tak
- To Piotrek, kolega Michała - powiedział Mateusz
- A do której chodzi klasy? - zapytała się Julka
- Chyba do I b, ale nie wiem. Musiałabyś się zapytać Michała. A czemu się tak dopytujesz? - zapytał podejrzliwie.
- Nie nic... tak tylko - uśmiechnęła się Julia i posłała mu buziaka.
- Anka to Piotrek z I b - szepnęła mi Julka
- dzięki - powiedziałam - ciekawe czemu mi się tak przygląda...
- może mu się podobasz? - zaśmiała się.
Nie skomentowałam tego, tańczyłam dalej. Po chwili puścili wolną piosenkę. Podszedł do mnie Piotrek i poprosił mnie do tańca. Zarzuciłam mu ręce na szyję, on obiął mnie w pasie i oddaliśmy się muzyce. Piotrek nie świadom niczego prowadził mnie coraz bliżej tańczącego Marcina z Roksaną. W połowie piosenki doszło do tego, że ocieraliśmy się z Marcinem plecami. Trochę zrobiło nam się głupio, kiwnęliśmy do siebie głową i staraliśmy się nie zwracać uwagi na siebie. Obok nas tańczyła Julia z Mateuszem. Po chwili zobaczyłam, że stoją ze spuszczonymi głowami. Domyślałam się co teraz jest między nimi. Piosenka się skończyła, Mateusz odszedł, Julia stała, podeszłam do niej i przytuliłam ją.
- Po wszystkim? - zapytałam delikatnie
- Tak - odpowiedziała smutnie
- Jesteś dzielna, będzie ok - pocieszałam ją.
Tańczyłyśmy dalej. Julia rozerwała się całkowicie. Miałyśmy w sobie dużo energii. Niedługo znów była wolna i znów tańczyłam z Piotrkiem. Tym razem już nie zwróciłam uwagi, czy to Piotr czy Marcin tak prowadził, że znowu tańczyliśmy koło siebie. Sądzę, że Marcin pomyślał, że Piotrek jest moim chłopakiem, bo zaczął się dziwnie zachowywać.
Kierował Roksaną w tańcu tak jakby chciał, żebym była zazdrosna. Ktoś nagle zapalił światło. Odwróciłam się i zobaczyłam Roksanę z podwiniętą bluzką i obejmującego ją Marcina. Chciałam szybko odwrócić wzrok, ale w tym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Światło zgasło i wtuliłam się w Piotra. Tańczyłam dalej. Wszystkie próby wzbudzenia we mnie zazdrości nie udały się Marcinowi, a przynajmniej nie dałam tego po sobie poznać, ale podziałało jak w lusterku, bo on był okropnie zazdrosny, z czego Roksana nie była raczej zadowolona.
- Jak się bawisz? - zapytałam Marcina
- fajnie... ale jeszcze zobaczysz kto sobie bardziej poradzi - powiedział złośliwie.
Roześmiałam się i poszłam w kierunku dziewczyn. Siedziałyśmy trochę na parapecie. Po chwili przyszedł Marcin z Roksaną i usiedli na drugim końcu parapetu.
- Anka zobacz - szepnęła mi Magda dyskretnie wskazując na nich.
Odwróciłam się i zobaczyłam namiętnie całującą się parę. Serce mnie zakuło, ale postanowiłam zachowywać się normalnie. Poszłyśmy z dziewczynami tańczyć. Każda z nas miała uśmiech na twarzy. Po dyskotece wracałam z Piotrem.
- Następnym razem ci się nie uda - dorównał nam kroku wściekły Marcin.
Na szczęście Piotrek rozmawiał w tym czasie z kolegami więc nie słyszał Marcina i nikt nie zauważył mojej łzy ściekającej po policzku. W drodze do domu mało się odzywałam. Chłopacy odprowadzili mnie pod dom. Weszłam na klatkę i już nie mogłam powstrzymywać cisnących się łez.
- Jak się bawiłaś córeczko? - zapytała mama przy wejściu.
- ok - odpowiedziałam cicho
- Coś się stało kochanie?
- Nie teraz mamo - powiedziałam i zamknęłam się w swoim pokoju.
Do końca dnia już z niego nie wyszłam... Zasnęłam.
odcinek 2 - "List"
- Ania! ANIA!!! - rozległ się głos mamy gdzieś w oddali
- zaraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaz - odpowiedziałam zaspana nie otwierając oczu.
- Aniuś wstawaj! - kocham ten czuły głos mamusi, która tak bez serca za wszelką cenę stara się przeszkodzić mi w mojej ulubionej czynności, jaką jest spanie. Odsłoniła rolety w oknie i jasne promienie słońca wbiły się uparcie do mojego pokoju.
- wygrałaś - powiedziałam z niesmakiem i zwlokłam się z cieplutkiego łóżka. Szybki prysznic, śniadanie, lekki makijaż z niechcianym dodatkiem jakim jest marudzenie mamy "Nie maluj się dziecko, ładnie wyglądasz... zniszczysz sobie cerę, będziesz miała zmarszczki..." bla bla bla "też Cię kocham mamusiu", złapałam plecak i wyszłam. Zaszłam jeszcze po Magdę, bo miałyśmy na tą samą godzinę i razem poszłyśmy do szkoły.
- gdzie masz pierwszą lekcje? - zapytałam Magdę
- nie wiem, gdzieś u góry. A ty?
- Jak zwykle zakręcona jesteś. Ja w kanciapie między 1.1 a 1.2
- o jaaa nie lubię tamtej sali. chociaż... tam się musi fajnie ściągać - zaśmiała się po krótkim namyśle. - to idziemy najpierw do ciebie.
- ok.
Kanciapa znajduje się niedaleko biblioteki, więc było już niemal oczywiste, że spotkamy tam kolegę ochrzczonego przez nas "Cześć". I tak się stało, "Cześć" stał podpierając ścianę jedną nogą, w rozpiętej ciemnej bluzie, z plecakiem zawieszonym na prawym ramieniu.
- Cześć! - powiedział, kiedy nas zobaczył
- no hej - odpowiedziałyśmy razem
- Anka, chodź zobacz... - pociągnęła mnie Magda w kierunku tablicy informacyjnej - za tydzień dyskoteka!
- nareszcie! super dawno nie byłyśmy na dysce, zabawimy się trochę - odpowiedziałam entuzjastycznie
- no baa! - cwany uśmieszek na twarzy Magdy nigdy nie wróżył nic dobrego.
Nagle poczułam czyjąś rękę, która trzymała złożoną kartkę w okolicach moich bioder. Przestraszona odwróciłam się szybko za siebie i... ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam "Cześć".
- Przestraszyłeś mnie... - powiedziałam po chwili - o co chodzi?
Wyjął w moim kierunku rękę z kartką i skinięciem głowy wskazał, żebym ją wzięła.
- Co to jest? - spytałam, ale kolega nie odpowiedział.
Jeszcze bardziej zdziwiona wzięłam list do ręki i zaczęłam czytać.
"Cześć!
Nazywam się Norbert. Morzemy się blirzej poznać? Gdzie mieszkarz?
ODPISZ NA NASTEMPNEJ PZERWIE
Norbi"
Kiedy podniosłam głowę już go nie było. Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia i pokazałam list Magdzie. Jej reakcja była podobna. Po chwili obie wybuchłyśmy śmiechem, który zagłuszył dzwonek.
- Ja lecę na górę, odpisz mu na lekcji coś zabawnego. Widzimy się na następnej przerwie - powiedziała Magda i poszła.
Facet na technice przynudzał coś o narzędziach. W ogóle mnie to nie interesowało i nie skupiałam się na lekcji. Bardziej mnie zastanawiało dziwne zachowanie Norberta... i dlaczego akurat chce wiedzieć, gdzie ja mieszkam. Wzięłam kartkę, długopis i odpisałam mu.
"Hej Norbert!
Może powiedz z jakiej jesteś klasy i czy się znamy, bo ja Cię nie kojarzę.
Aha i dlaczego akurat porozumiewamy się listownie?
Ania =)"
Lekcja ciągnęła się niezmiernie. W końcu zadzwonił upragniony dzwonek i wyszłam na korytarz. Zaczekałam chwilę na Magdę i poszłyśmy do sklepiku. Po drodze dałam list Norbertowi, który stał w tym samym miejscu co zwykle. W sklepiku natknęłyśmy się na Marcina - mojego byłego chłopaka. Dawno z nim nie rozmawiałam. Praktycznie ostatni raz widzieliśmy się rok temu, parę dni po zerwaniu. Serce mi mocniej zabiło, a w brzuchu poczułam motylki. "Nie patrz się na niego, nie patrz się w tamtym kierunku" słyszałam wewnętrzny głos w sobie, jednak z drugiej strony podpowiadał mi "Zagadaj do niego, w końcu masz okazję". Nie wiedziałam co zrobić, zmieniłam zdanie i chciałam wyjść ze sklepiku. Jednak w tym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Nastąpiła chwila ciszy... wpatrywaliśmy się w siebie.
- Ania... hej... co za spotkanie... - wydukał Marcin
- Cześć Marcin... dawno się nie widzieliśmy... - odpowiedziałam chwiejącym się głosem. Nastąpiła chwila milczenia. Na szczęście Magda lekko mnie szturchnęła i przerwałam tą głuchą ciszę.
- To jest Magda... opowiadałam Ci o niej. - przedstawiłam mu przyjaciółkę - Magda to jest Marcin.
- Milo mi, wiele o tobie słyszałem - powiedział Marcin i wyciągnął rękę w jej stronę.
- Ja również o tobie wiele słyszałam. Cieszę się, że w końcu się poznaliśmy - uśmiechnęła się Magda i podała rękę.
W tym momencie podszedł do nas Norbert i dał mi kolejny list. Chłopacy dziwnie się na siebie spojrzeli. Norbert bez słowa odszedł, a ja rozwinęłam list.
"Cześć!
Wstyd mi się przyznać, ale znuw jestem w drugiej klasie. nie zdałem :( mam 17 lat spotkamy się? nie mam gadu gadu ale może chcesz muj adres?
odpisz!
Norbi"
- nie, a Ty go znasz? - zapytałam
- trochę, ale uważaj na niego... to dziwny typ... - powiedział dziwnym głosem
Nie odpisałam już na ten list, może faktycznie lepiej się z nim nie zadawać.
Po południu umówiłam się z Julią. Poszłyśmy do parku na spacer. Julka również jest moją przyjaciółką. Znamy się bardzo długo.
- Anka... my to mamy jakiegoś pecha - powiedziała nagle Julia i usiadła bezradnie na ławce.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytałam, karmiąc chlebem łabędzie i kaczki.
- No bo... my takie samotne...
- Samotne?? Co Ty gadasz? Jula... - zdziwiłam się
- To dlaczego nie mamy chłopaków? - zapytała smutnym głosem
- E tam... ja na razie wole odpocząć od chłopaków. Jakoś tak po Marcinie nie ciągnie mnie do nich.
- No ale Anka! Tak nie powinno być! Co jest w nas nie tak?
- no... nic, wszystko ok! prze...
- Anka... popatrz na nas! - przerwała mi Julka - Ty jesteś wysoką, ładną blondynką, masz co pokazać, masz dużo znajomych, miałaś już chłopaka... a ja? włosy powywijane w różne strony, jakiś psi kolor, ni to blond, ni to brąz. Mało znajomych, nikt na mnie nie zwraca uwagi...
- oj widzę, że to coś poważniejszego. Trzeba zrobić babski wieczór, a teraz kierunek Primavera! Chodź - przytuliłam przyjaciółkę i poszłyśmy do pizzerii. Zamówiłyśmy cole i usiadłyśmy jak zwykle pod oknem...
______________________________________________________________________
PS. Błędy ortograficzne w listach są zrobione celowo :)
odcinek 1 - "Cześć"
- Madzia, gdzie teraz masz? - zapytałam przyjaciółki.
- W 2.10 histe. Masakra, nie lubię tej baby. Gdzie jest 2.10? - odpowiedziała jak zwykle roztrzepana Magda.
- gdzieś na drugim piętrze :D - roześmiałam się
- Ależ Ty jesteś pomocna... ciekawe kiedy się przyzwyczaimy do tej szkoły... ja już bym chciała.
- hmm... szczerze to ja też, ale myślałam, że będzie gorzej.
- źle nie jest. szkoda tylko, że już nie jesteśmy razem w klasie - powiedziała Magda
- no dobra... nie smutajmy, to tylko trzy lata ;) chodź idziemy szukać Twojej klasy :) - powiedziałam i pociągnęłam ją w stronę schodów.
Na pierwszy rzut oka szkoła, jak szkoła... Może więcej ładnych chłopaków niż w podstawówce :D no i w końcu to jest gimnazjum...
Z Magdą znamy się od przedszkola. Wiele razem przeszłyśmy, zarówno dobre jak i złe chwile. Ta wysoka brunetka jest szaloną osóbką. Można z nią pogadać o wszystkim i zająć się każdą czynnością. Tam, gdzie jest Magda - nie ma nudy! Potrafi zagadać każdego.
Przechodząc koło biblioteki zaczepił nas jakiś chłopak.
-Cześć! - powiedział w naszym kierunku
-Cześć - odpowiedziałyśmy zgodnie i poszłyśmy dalej.
- znasz go? - spytałam Magdy
- nie, myślałam, że to twój znajomy - odpowiedziała zdziwiona
- heh, może nas z kimś pomylił. - pomyślałam i poszłyśmy pod klasę.
Na następnej przerwie znów przechodząc koło biblioteki usłyszałam krótkie "Cześć", uśmiechnęłam się i odpowiedziałam nie zatrzymując się. Nagle poczułam wibracje w kieszeni. Skręciłam w stronę WC i odebrałam.
- Słucham?
- szzzzz... - usłyszałam jakieś dziwne odgłosy
- Halo? - powtórzyłam
- achsszzsz...
Lekko zdziwiona rozłączyłam telefon i poszłam do domu.
Mieszkam w centrum miasta. Zawsze szum, pełno ludzi, poranne dostawy do sklepów etc. normalka. Weszłam do domu, zrzuciłam plecak i włączyłam kompa. Najpierw GG - oczywiście od razu zostałam napadnięta rozmowami, po jakimś czasie zeszłam na niewidok. W dolnym, prawym rogu ekranu pojawił się komunikat: "nieznajomy przesyła wiadomość". Otworzyłam z zaciekawieniem.
"Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć! Cześć!"
- yyy... hahaha - roześmiałam się na głos. "Ciekawe kto to" pomyślałam i poszłam.
Zadzwonił telefon.
- siemka, Ania - usłyszałam znajomy głos Magdy.
- no siemanko, co tam?
- kisze się w chacie... idziemy na miasto? I tak na razie nie ma lekcji. - zapytała
- no spoko, tylko się wyszykuje.
- ok, będę po Ciebie za 15 min. - powiedziała i rozłączyłyśmy się.
Poprawiłam make-up, fryzurę i czekałam na Magdę. Kiedy zadzwoniła domofonem zbiegłam na dół. Wychodząc z klatki usłyszałam "Cześć!" odwróciłam się w kierunku skąd doszedł głos i zauważyłam tego samego chłopaka, który mówił nam "cześć" na przerwach. Zdziwiona odpowiedziałam i poszłyśmy z Madzią szlajać się po sklepach :) Trochę zastanawiało nas zachowanie tego chłopaka... Czy to normalne, że nieznajomy chłopak mówi "Cześć!" kilkanaście razy dziennie?
- może jakiś nieśmiały jest i próbuje cie poderwać - powiedziała Magda, jakby czytając mi w myślach
- weź! nawet nie kracz! jaki on brzydki :x zresztą już nie chodzi o jego wygląd... ale sama jego osoba wydaje się być dziwna... - odpowiedziałam.
- no dobra, żartowałam. Idziemy do Primavery? - zaproponowała Magda
- możemy - zgodziłam się i skręciłyśmy w kierunku pizzerii.
Zamówiłyśmy colę i usiadłyśmy pod oknem. To nasze ulubione miejsce, można było tak z góry patrzeć na spieszących się ludzi.